Krajewski z torbą wypchaną Kresami

...

Agnieszka Kania 2010-12-10, ostatnia aktualizacja 2010-12-09 19:40:16.0

Z Salvadorem Dalim popijał kawę na tarasie w Figueres, prowadził dysputy o sztuce i wizjonerach. Bywa awanturnikiem i poetą. Watażką, anachoretą, szaławiłą, filozofem sztuki. I wybitnym artystą - pisze o Przybysławie Krajewskim Agnieszka Kania

- Szelma z tego Krajewskiego. Szelma i hultaj - mówił do mnie pan S. - Mądrzejszy był od nas o jakieś dziesięć lat. Tyle się naczytał, nasłuchał. A pamięć miał absolutną. Historię, filozofię, teorię sztuki znał na wylot. Pokpiwaliśmy sobie z niego, żartowaliśmy, że szlachciura, panisko. A on nic. Nie obrażał się, nie dąsał. Szedł środkiem ulicy, prosty i piękny, w szynelu po kostki, aż kamienice w posadach drżały - opowiadał pan S.

- I kochał się w kobietach. Na zabój. Jak one za nim szalały. Nie raz oberwał od zazdrosnego męża, nie raz sam kogoś poturbował. Ponoć wdał się w bójkę z samym Grotowskim. Tuż przed premierą. Kopnął go czy jakoś tak, i skończyło się w sądzie. Wtedy to się żyło - rozmarzył się pan S.

- Opole było miastem artystów. Gdzie nie pójść, tam się człowiek natknął na osobowość. A Przysiek Krajewski był wszędzie. O szóstej budził inspicjenta, który nielegalnie sypiał w "Teatrze 13 rzędów" i musiał zmykać o świcie, żeby go nie przyłapano. Potem zahaczał o Teatr Lalek, gdzie szwagier był dyrektorem. Koło południa wpadał do pracowni Krzysia Buckiego, a stąd było już blisko do biblioteki uczelnianej i do Klubu Związków Twórczych. Tam gdzie dziś "Maska". W domu zjawiał się późno. Na kacu albo poobijany. Wystarczyło jednak, że wziął pędzel do ręki i zmieniał się w maga, czarodzieja i fantastę - ciągnął dalej pan S.

***

Przybysław Krajewski maluje przemijanie. Obsesyjnie. Zmusza czas do rozmyślań albo zwyczajnie igra sobie z czasem. Puszcza wahadło w ruch. I naraz pędzą zegary, wskazówki tracą rytm i tylko sowa, co miała pilnować lat, pogubiła się w czasie. I śpi. A wtedy wiosna zmienia się w starość. Ale nie zimną, ponurą, tylko miękką, czułą, ludzką. Siedzi sobie taka starucha-zima na kardynalskim fotelu i macha jednym skrzydłem do widza. Drugie urwała, gdy była młoda. Wtedy, kiedy mistrz malował jej akt...

Złoty. Stoi na nim posągowa piękność, a zamiast głowy - ptaszysko. Nie dość, że ciemne i groźne to jeszcze pohukuje głucho. Klimat prosto z Maxa Ernsta.

Kiedy indziej czas unosi się nad jarami z trylogii Sienkiewicza. Jest długi i ciężki jak wschodnia granica Polski. I ma ludzką twarz. Nie byle czyją, bo Włodzimierza Majakowskiego, ulubieńca malarza. Na obrazie poeta pisze list do Lileczki: "weź mą ostatnią czułość i drogę nią wyściel, swym odchodzącym krokiem". Ona nie słyszy. Zasypia właśnie w objęciach męża.

***

Krajewski jest opętany śmiercią. Tak często odchodzono od niego, że pożegnania zrosły się z nim i z jego płótnami. Ale nie straszą. Bywają łuną nad ogarkiem świecy. Przybierają kształty jastrzębia, amora i płaszcza, co skrywa wiejskie świątki. Pędzi też kostucha na dwugłowym ośle. Przypomina wtedy Don Kichota. Tylko jej ciało jest z polnych kwiatów: dzwonków i stokrotek. A bukiety wiadomo, więdną w oczach.

Mistrz boi się utraty, toteż przegania ją albo próbuje z nią romansować. Maluje na przykład świetlistą stodołę. Zwyczajną, chwiejną jak los chłopa, który stoi w drzwiach. Odgarnia włosy z czoła, liczy snopy na polach. A każdy pochodzi z innego snu. Każdy symbolizuje jedną jesień. Samotną.

Czasem artysta wraca do Lwowa. Tam na Persenkówce stał dom murowany, z weneckimi oknami, kryty gontem. Na parterze dworku było przedszkole. Razem z innymi dziećmi jeździł mały Przysiu linijką (dzisiejszą bryczką). W '44 roku chciał walczyć o wolną Polskę. Miał własnego wisa. To było coś. Zaciągnął się więc do partyzantki. Osiemnastoletni, z teczką wypchaną rysunkami. Później poniewierał się po lasach przez parę lat.

Na jego tułaczych obrazach pojawia się wciąż ten sam motyw - skórzana torba po brzegi wypchana kresowymi krajobrazami. I herbami, i zdjęciami, i domem w serdeczne barwy. Za oknami płaczą wierzby, łoś, wielki jak cisza w Sosnówce, przemierza świat. Historia gra pieśni na cymbałach i raz po raz ciska torbą o ziemię. Kiedy już wysypią się z niej wszystkie myśli, wtedy mistrz odejdzie.