Artysta? No, chyba, że pan Polnar

Agnieszka Kania
23.12.2010 , aktualizacja: 23.12.2010 15:37
A A A Drukuj
Najczęściej maluje kobiety. A kiedy portretuje siebie, to w akrobatycznych pozach. Wykonuje salta, piruety i inne sztuczki, ze znikającą postacią włącznie.
ZOBACZ TAKŻE
To było tak. Siedzieliśmy i rozmawiali o Czechach. Bolesław Polnar zdążył rozejrzeć się po domu, rozluźnić szal i gdzieś pomiędzy Hrabalem a Muchą zauważył: - Nie masz dobrych obrazów, z wyjątkiem "Mostu w Pińczowie" Buckiego.

Wcale nie przerwało to pogawędki, przeciwnie, dalej dyskutowaliśmy i plotkowali. Nagle pobladł, poderwał się i ruszył do wyjścia. Zatrzymał się przy drzwiach do piwnicy, zerwał akwarelę ze ściany i rzucił nią o podłogę. Z całej siły. Potem skakał, tupał, wykrzykiwał, że to hańba, że tak nie można, skąd to mam? Nie znaliśmy się wtedy zbyt dobrze. Co było robić? Patrzyłam i milczałam.

***

Bolesław Polnar wygląda jak Egon Bondy (czeski poeta i filozof). Nawet okulary nosi podobne. Tylko nie ma brody: "średniego wzrostu, pod gęstymi brwiami, ciekawe niezwykle przenikliwe małe oczy, długi, lekko spiczasty nos i wąskie usta" - jak opisuje Bondy'ego Marie Klecacka-Beyly. To cały Polnar - ulubieniec miasta, trochę cudak, trochę geniusz, wiecznie uśmiechnięty, w czerwonym swetrze i wytartych spodniach. Jedna pani, wypytywana przez dziennikarzy lokalnego radia o znanych ludzi sztuki, odparła: - W Opolu nie ma artystów, no chyba, że pan Polnar.

A on pali papierosy i maluje. Najczęściej kobiety. - Bo jest ich więcej - powiada. - A że są wypukłe, to można je malować na okrągło.

Zna je chyba całe miasto. Zna też Berlin i Praga i pół Europy. Są na okładkach i plakatach, zdobią mieszczańskie domy. Mają piękne twarze i boskie ciała, a wszystko wymalowane perfekcyjnie, hiperrealistycznie. Są zapatrzone, zasłuchane, śpiące, roztańczone, zagubione, odważne, o mądrych oczach i takich sobie. I jest ich coraz więcej. Aż trudno wejść do pracowni. Ustawiły się pod ścianą, taką jak ma Jan Saudek (fotograf czeski), tylko białą, świeżo po remoncie. I nie odpada z niej tynk ani farba.

Kiedyś ta ściana była zszyta z brukiem. Wtedy kobiety leżały na rozgrzanych węglach, znikały w szczelinach szeptu, a na obrazach rodziły się pytony, chimery i skrzydlate świnie. Paranoja zaglądała do okien na dziesiątym piętrze i na czterech łapach wchodziła do atelier. Podobna do małpy. A Polnar chwytał ją pędzlem i układał na płótnach.

***

Siebie portretuje, jak spada ze skały, robi salta, piruety i inne sztuczki, ze znikającą postacią i przekraczaniem prędkości światła włącznie. Ma też popisowy numer: wykrzywia twarz, dwoi się i troi, znowu składa w całość. Następnie przystaje (namalowany oczywiście) na czerwonym fotelu typu Bergere i wykonuje rodzaj pas - pełen godności dyg wstecz z wyprostowanym korpusem i rękami złożonymi z tyłu. Nawet, jeśli patrzącemu zdawało się dotąd, że w poszukiwaniach siebie coś szwankuje, że miesza się styl, bledną kolory, czegoś jest za dużo albo za mało, to autoportret na fotelu ratuje sytuację.

I malował ludzi wcale nie pięknych, całych w bliznach światła, potrzaskanych, wyklętych. To staruszka, który powiesił się na rzęsach, to kobietę rodzącą źdźbła trawy. Na ich twarzach zachowały się odciski pocałunków. We wszystkich odcieniach beżu.

Kiedyś z pofałdowanej tkaniny zbudował melancholię i uzbroił ją w ptasi profil i zasłonił całunem pustą kanapę i swoje lustrzane odbicie na niej. To było kiedyś. Przed remontem.

***

Wrócił do pokoju, zapalił papierosa i oznajmił uroczyście: - Na niektóre swoje obrazy mogę patrzeć zawsze, na inne już nie.

Podziel się

  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    21 głosów