Profesor Nicieja: wabi mnie powab języka

Rozmawiała Beata Łabutin
14.06.2011 , aktualizacja: 13.06.2011 18:46
A A A Drukuj
Kilkadziesiąt już lat celebruję misterną konstrukcję "Rękopisu znalezionego w Saragossie", opowieści w opowieściach i opowiastek w historyjkach. Uwielbiam też piękny, powabny język Brunona Schulza. Te książki ukształtowały moje widzenie literatury i mnie jako pisarza - mówi prof. Stanisław S. Nicieja

Fot. Michał Grocholski / Agencja Gazeta
.

Rozmowa z prof. Nicieją

Beata Łabutin: Jest pan nastoletnim chłopcem, uczniem. Co pan czyta?

Prof. Stanisław S. Nicieja: Oczywiście „Szatana z siódmej klasy” Kornela Makuszyńskiego. Identyfikowałem się z głównym bohaterem (śmiech ). Pięknym, bystrym, mądrym przywódcą klasy. Ja sam miałem takie inklinacje - taki mały instynkt przywódcy. I aspiracje, by wiedzieć, rozumieć, zgadywać. Historia „Szatana” fascynowała mnie. Do tego wszystkiego na ekrany wszedł akurat film ze zjawiskową młodziutką Polą Raksą... Trudno było pozostać obojętnym.

Z tamtego okresu pamiętam jeszcze doskonale "Wspomnienia niebieskiego mundurka" Wiktora Gomulickiego. Tkwi we mnie przedstawiona tam atmosfera XIX-wiecznej męskiej szkoły w Pułtusku.

Z takich powieści pewnie szybko pan wyrósł...

- Wyrosłem intelektualnie, ale nie sentymentalnie, wciąż mam je w swojej bibliotece, stoją na ważnym miejscu.

W liceum uległem urokowi Marka Hłaski, jego drapieżnemu pisaniu. Pamiętam "Bazę Sokołowską" i potem film "Baza ludzi umarłych". Wstrząsające rzeczy, niezwykły język i dramaturgia, chwilami obscena. I sam Hłasko z jego dramatycznymi kolejami życia. Że socjalizował? Co tam! Był mocny, pisał jędrnym językiem. Trochę wtedy poetyzowałem, pisałem wiersze, teksty piosenek dla szkolnego zespołu bigbitowego Helikony. Te klimaty na mnie działały. A z drugiej strony zaczytywałem się Iwaszkiewiczem. Zachwycało mnie w jego opowiadaniach to spokojnie płynące życie jego bohaterów, w którym nagle zjawia się ktoś, ktoś znika, następuje dramat... Zupełnie inna poetyka. Wspaniała. Tak, Hłasko to był epizod.

Porzucił pan Hłaskę dla...?

- Książką absolutnie dla mnie najważniejszą, taką, która zawsze jest przy mnie, jest "Rękopis znaleziony w Saragossie" Jana Potockiego. Niewyobrażalnie fascynująca. Odkryłem ją przypadkiem, moja polonistka wręczyła mi ją jako nagrodę na zakończenie drugiej czy trzeciej klasy w liceum. Pomyślałem: dziwactwo jakieś. Po czym wsiąkłem w tę książkę od pierwszej chwili. Nigdy nie miałem zamiłowania do literackich kobył, trudno było mi czytać choćby "Nad Niemnem" od deski do deski. Z "Rękopisem..." było inaczej. Wciąż jest inaczej.

Kiedy budzę się w nocy zlany potem, z jakimś lękiem irracjonalnym, gnębiony chorobą, koszmarem, gorzkim poczuciem, że umknęło mi coś ważnego, że coś straciłem może, sięgam po "Rękopis...". Otwieram gdziekolwiek, bo w tej książce właśnie "gdziekolwiek" rozpoczynają się opowieści - jedna w drugiej, i jeszcze w kolejnej, fascynujące. Te historie niewiernych żon i zazdrosnych kochanków, szalone przygody Paszeki, któremu potwór wyrywa oko... Czytam kilka stron, uspokojony zasypiam. Ucieka ponura myśl, nie gryzie jak robak.

Kojąco działa na mnie ten świat niesamowitych przygód, humoru, dziwacznych strojów...

Myślę o napisaniu powieści. Dojdę do tego kiedyś, jestem pewien. I dzięki "Rękopisowi znalezionemu w Saragossie" będzie to powieść szufladkowa, na którą złożą się losy bohaterów opowiadane przez bohaterów, którzy są bohaterami opowiadanymi jeszcze przez inne postaci.

Ale pan po części już to robi. Pana książki poświęcone Kresom pełne są arcyciekawych, krótkich biografii ludzi ważnych dla historii, często losy tych postaci zazębiają się, zachodzą na siebie. "Opowiadają się" wzajemnie.

- Rzeczywiście tak jest, choćby w mojej sadze o miasteczkach kresowych. Ale to jeszcze nie to. Kiedy już osiądę na wsi i nie będę musiał odbierać żadnych telefonów, zajmę się prawdziwą literaturą. Mam ją w sobie.

Wspomniał pan też o "Sklepach cynamonowych" Schulza.

- I "Sanatorium pod Klepsydrą". Te książki zaważyły na tym, że postanowiłem nie zostać poetą.

Nie zostać?

- No tak. Jak większość młodzieńców wierszem starałem się zdobyć dziewczynę. Kiedy dostrzegłem i zrozumiałem wspaniałą, niezwykłą, mieniąca się kolorami metaforykę Schulza, to powiedziałem sobie: ja już nic na tym polu nie zrobię, tu nie da się nic zrobić. Zawsze będę tylko wtórny, a tego nie chcę. Prozy Schulza uczyłem się na pamięć, tak mnie omotała.

Dodatkowo moją wyobraźnię rozbudzały filmy Wojciecha Hasa. I "Rękopis znaleziony w Saragossie", i "Sanatorium pod Klepsydrą". To był prawdziwy atak na moją umysłowość. To piętno noszę do dziś.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • 22 komentarze
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    1 głos

Jesteśmy na Facebooku