Jak Adam Wierciński uzdrawia książki

Agnieszka Kania
24.04.2011 , aktualizacja: 21.04.2011 18:13
A A A Drukuj
Niewiele osób potrafi dziś czytać tak jak on. Może dlatego, że zadaje pytania, dziwi się i dzieli się zadziwieniem z innymi? A może dlatego, że do świata literatury wchodzi w marynarce i pod krawatem? - pisze Agnieszka Kania
Adam Wierciński
Fot. Rafał Mielnik / AG
Adam Wierciński
ZOBACZ TAKŻE
Opowiadano mi o tym wiele razy. Zmieniano niektóre szczegóły, dodawano nowe. Ktoś widział, jak wbiegł po schodach, ktoś inny przysięgał, że szedł powoli, niemal uroczyście. Najpierw było powitanie, później wygłosił hymn na cześć jubilatki - Janiny Kościów, znanej bibliofilki opolskiej. Żałowałam, że się spóźniłam, ale tylko przez moment, bo dzięki temu mogłam słuchać i słuchać opowieści o nim.

A trudno o lepsze miejsce niż zamek w Rogowie na historie o uzdrowicielu książek. To w tamtejszych komnatach przechowywane są stare pamiętniki, kroniki, inkunabuły i rękopisy. Niektóre pochodzą ze średniowiecza. Spisane na pergaminie, opatrzone herbami nobilitacyjnymi czekają, aż ktoś się nimi zainteresuje. Tylko nie kolejny historyk czy językoznawca, ale prawdziwy odkrywca, znachor, taki jak dr Adam Wierciński.

To on odnajduje wciśnięte w kąt wolumeny zapisane w katalogach, do których już nikt nie zagląda. Bada je, stawia rozpoznanie i leczy. Niewiele osób potrafi dziś czytać tak jak on. Wydaje się, że on widzi słowa pełniej. Może dlatego, że chce zrozumieć lepiej, więc zadaje pytania, dziwi się i dzieli się zadziwieniem z innymi? A może dlatego, że do świata literatury wchodzi w marynarce i pod krawatem? - Skoro tomiszcza czekają tyle lat, nie wypada przychodzić do nich w swetrze - śmieje się pan doktor.

Okaleczonych książek jest więcej i więcej. Zajmują biblioteczne półki i etażerki w domach z tradycjami, lądują na strychach, poniewierają się w piwnicach. Łatwo je rozpoznać; mają zniszczone obwoluty i postrzępione kartki. Zdarzają się wśród nich całkiem nowe, ich też nikt nie czyta. - A jeśli już, to za szybko i nieuważnie - skarży się Adam Wierciński i powraca do swoich poszukiwań.

Zagląda do księgarni i antykwariatów. Zwykle kupuje kilka książek na raz, w tajemnicy przed żoną, która zresztą i tak wszystko wie. - Znam te potargane nieszczęścia i bezcenne zdobycze - opowiada pani Elżbieta. - Przecież mąż leczy je w domu. Ma tu podręczną apteczkę, a w niej: marle, moleskiny i płótna introligatorskie, jedwabie na kapitałki i lniane nici. A także kolorowe bibuły, kleje i specjalny sznur na zwięzy. Panoszą się na stole kuchennym. I to tygodniami.

Naprawa zniszczonej książki trwa bowiem wiele dni. Następnie taką odświeżoną, wystrojoną w dublurę na przykład, spieszy sprezentować. Darowanie to cały rytuał. Najpierw przychodzi list. Priorytetowy. Opatrzony ciekawym znaczkiem. Adres jest napisany starannie, nienagannym stylem, jakby to sam książę Myszkin (ten z Dostojewskiego) popisywał się kaligrafią. Koperta zawiera wycinek z prasy, recenzję albo wywiad, niekiedy aż żółty ze starości. Bo pan Adam w teczkach i kartonach latami przechowuje różne ciekawostki. Jak redaktor Jerzy Turowicz.

- Artykuły, te najlepsze oczywiście, są jak paryskie perfumy - zwierzył się kiedyś. A widząc moją zaskoczoną minę, dodał: - Czasem czuję, że nie znajdę tego, czego szukam. I wtedy zdarza się cud. To runie misterna konstrukcja ze skoroszytów, pudełek i tomików, a pod nią jest właśnie to coś, albo nagle, w najmniej oczekiwanym miejscu, pojawia się skrawek papieru. Podchodzę bliżej, a tam zapiski przyblakłym atramentem, i już wiem, że to zagubiony felieton czy esej. Pachnący obietnicą. W ślad za zapowiedzią pojawia się darczyńca, z konspiracyjnym uśmiechem na twarzy i błyszczącymi oczami. Wyjmuje prezent i oznajmia: - To na zawsze, najciekawsze fragmenty zaznaczyłem bibułą.

Uzdrawianie książek to nie tylko poszukiwanie prawdy, przywracanie pierwotnych znaczeń słowom i odgadywanie sekretów. To nie tylko literackie podarunki dla studentów i znajomych, naprawianie zniszczeń, korygowanie błędów. To także, a może przede wszystkim, próba ocalenia od zapomnienia. Ocalenia ludzi, czasów i krajobrazów. Tych bliskich, na wyciągnięcie dłoni i tych dalekich, kresowych, "z pogranicza kultur i wiar, języków i narodów". Adam Wierciński pisze o nich w "Przywracaniu pamięci", bo "chodzi przecież o sprawy tak ważne, o przekaz wartości umożliwiających dialog między pokoleniami".

I zaprasza czytelników do Wilna, "miasta gęsto zabudowanego, na pierwszy rzut oka bez ładu i składu, raju dla zakochanych i natur obdarzonych łaską przeżywania sztuki", zachęca, aby wybrali się z nim na Litwę Mickiewicza. Obiecuje, że będzie to podróż liryczna.

Krańce Adama Wiercińskiego oznaczają także zmierzch pamięci, tej tu i teraz. Tak ważnej, bo bez niej świat staje się matowy. Pozbawiony wrażliwości. Więc raz po raz przywołuje ważne postacie, wzbogaca swoje "Głowy opolskie", powraca do tych, o których już napisał, i dodaje nowe. Obdarza je zaufaniem, czasem przyjaźnią. I chroni od niepamięci. "Jestem z tych, co kochają" - mówi Antygona.

Jest z tych, co kochają - powtarzali za nią, opowiadając o Adamie Wiercińskim. A każdy przedstawiał go inaczej. Ja zaś cieszyłam się ze spóźnienia, bo mogłam słuchać i słuchać.



Podziel się

  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    17 głosów

Jesteśmy na Facebooku