http://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Gazeta.pl > Opole >  Wiadomości Opole >  Archiwum

A A A Poleć znajomemu     Wydrukuj     Podyskutuj na forum RSS Opole - Gazeta.pl

Prezes Sądu Okręgowego: nie mogę mieć żadnych wątpliwości

Rozmawiała Izabela Żbikowska
2010-01-31, ostatnia aktualizacja 2010-01-31 18:40

Od poniedziałku prezesem Sądu Okręgowego w Opolu jest 54-letni Jarosław Benedyk, sędzia sądu apelacyjnego, który od ponad 25 lat orzeka w sprawach karnych.

Jarosław Benedyk
Fot. Michal Grocholski / AG
Jarosław Benedyk
ZOBACZ TAKŻE
Wcześniej Benedyk przez sześć lat był zastępcą poprzedniego prezesa Ryszarda Janowskiego. Do końca stycznia Benedyk był również prezesem opolskiego Stowarzyszenia Sędziów "Iustitia", organizacji dbającej o wizerunek i interesy sędziów. Jednak z chwilą nominacji zrezygnował z pełnienia tej funkcji.

Izabela Żbikowska: Podobno prawnikiem został Pan przez przypadek.

Jarosław Benedyk: Trochę tak. Nim poszedłem na studia, skończyłem dwa kierunki techniczne: technologię chłodnictwa oraz naprawę i eksploatację urządzeń chłodniczych. Było to jednak tak dawno temu, że dziś nie potrafiłbym naprawić lodówki. Później zacząłem studiować administrację. Kiedy pojawiła się możliwość przejścia na studia prawnicze, skorzystałem z niej. Potem przeszedłem aplikację sędziowską i asesurę. Wtedy odbywało się ją w dwóch wydziałach. Najpierw pracowałem w wydziale cywilnym, ale już po pół roku przeszedłem do karnego, gdyż tam właśnie potrzebni byli ludzie. Do tego preferowano mężczyzn, gdyż praca w wydziale karnym jest bardzo obciążająca. A gdy zacząłem pracę jako karnista, nic innego mnie już nie interesowało.

Decyduje Pan o ludzkim życiu. To musi być stresujące.

- Wybierając tę pracę, trzeba się z tym liczyć. Mimo to, jest to bardzo obciążające psychicznie i każdy sędzia musi radzić sobie z tym stresem. Dla mnie ważne jest, by doskonale znać sprawę. Uważnie i dokładnie czytam akta, po to, bym nie musiał sobie wyrzucać, że czegoś nie doczytałem lub że pominąłem jakiś dowód. Doskonałe przygotowanie pozwala mi być pewnym swoich decyzji. Do tego ważne jest również opanowanie procedury karnej, po to, aby to sędzia kierował przebiegiem rozprawy. Dzięki temu mam komfort w prowadzeniu sprawy i nie pozwalam na to, by obrońcy decydowali o tym, w którym kierunku pójdzie proces.

Po co mieliby to robić?

- Ich rolą jest m.in. to, by sprawa straciła na ostrości. Wiadomo, że inaczej odbierane są przez opinię publiczną wyroki, które zapadają krótko po zdarzeniu, a inaczej te, które wydane są trzy, cztery lata później. Te wydane po pewnym czasie nie budzą już tylu emocji. Są jakby stępione. I o to chodzi obrońcom. Dlatego często starają się oni mnożyć świadków, których ich zdaniem koniecznie należy przesłuchać. Próbują wprowadzić nowe dowody, biegłych i tak dalej. Zadaniem sędziego jest natomiast, oprócz oceny dowodów, panowanie nad porządkiem procesu. Trzeba to robić, cały czas pamiętając, że nikomu nie można odmówić prawa do obrony. Sędzia więc musi znaleźć równowagę między tym, co konieczne dla sprawy, a tym, co jest tylko taktyką adwokatów.

Miewa Pan wątpliwości?

- Wątpliwości mogą istnieć tylko do czasu wydania wyroku. Z chwilą, gdy zapada orzeczenie skazujące, nie mogę mieć już żądnych wątpliwości, bo przecież podejmując taką decyzję, muszę być jej absolutnie pewny. To dotyczy nie tylko mnie, ale wszystkich sędziów. Niedopuszczalne jest myślenie: "Chyba jest winien, ale jeśli się pomyliłem, to druga instancja naprawi mój błąd". Z drugiej strony - jeśli pojawiają się wątpliwości, których nie da się usunąć, a żaden dowód nie jest wstanie ich obalić, wtedy, zgodnie z polskim prawem, rozstrzygam je na korzyść oskarżonego i wydaję wyrok uniewinniający. I muszę przyznać, że to nie jest łatwe. Sąd, orzekając często w sprawach kontrowersyjnych, medialnych, musi mieć odwagę, by taki wyrok wydać. Tak było ze sprawą siedmioletniej dziewczynki, którą brutalnie zamordowano w piwnicy przy ul. Ozimskiej w Opolu. Było wiele dowodów, które wskazywały na pewnego mężczyznę. Były też wątpliwości, których nie można było nijak rozstrzygnąć. Nie było już bowiem żadnego dowodu, który mógłby je obalić. Tego mężczyznę należało zatem uniewinnić. Przychodzi taka chwila, gdy sąd musi powiedzieć: "Nie wiem. Nie potrafię danej kwestii rozstrzygnąć dowodowo". I trzeba się z tym pogodzić.

Więc praca sędziego to trudny zawód.

- Przy tym jeden z najgorzej opłacanych z branży prawniczej. Poza tym stresująca jest nie tylko świadomość konsekwencji podejmowanych decyzji, ale również brak czasu. Sędziowie prowadzą równocześnie po kilka czasem bardzo złożonych spraw. A one nie kończą się na wydaniu wyroku. Później należy również sporządzić obszerne uzasadnienie przy jednoczesnym zapoznawaniu się już z kolejnymi aktami. A najczęściej do przeczytania jest kilkadziesiąt tomów. Trzeba więc zabrać pracę do domu, a tam czytać, pisać i znowu czytać.

Dlatego chciałbym, by obywatele wiedzieli, jak ciężką pracę wykonują sędziowie i by nie postrzegali sądów tylko przez relacje dziennikarskie, które z reguły opisują nietrafne decyzje czy sędziowskie wpadki, bo takimi prawami rządzą się media. Jednak wytworzony na tej podstawie wizerunek nie odpowiada prawdzie, a z drugiej strony sędziowie nie mają się jak bronić. Chciałbym jednak, by ludzie pamiętali o tym, że rocznie w sądach orzeka się w 10 milionach spraw, a 95 procent wyroków oceniona jest przez instancję zwierzchnią jako prawidłowe.

Jako pierwszy na Opolszczyźnie wydał Pan wyrok dożywocia. Była to sprawa bestialskiego zabójstwa dziewczynki. Zdaję sobie sprawę z tego, że wyroki wydaje sędzia w imieniu RP. Jednak to Pan siedział wtedy za sędziowskim stołem. Jak Pan się wtedy czuł?

- Przy wydaniu orzeczenia sędzia nie może dopuszczać do głosu emocji. Przeciwnie, musi być bezstronny, zimny i z takim samym chłodem traktować oskarżonego, jak i pokrzywdzonych. Oczywiście sędziowie to nie bezduszne maszyny, jednak trzeba się nauczyć tego wyciszenia emocji. Odcięcia się od nich. Po tej sprawie w naszym okręgu jeszcze kilkakrotnie wymierzano karę dożywocia. I za każdym razem widziałem, że bardzo to wstrząsało sędziami. Jednak na sali musieli się opanować. Tak samo było ze mną.

Jak Pan radzi sobie z tymi emocjami?

- Przede wszystkim słucham muzyki. Jeżdżę na koncerty nawet do Warszawy czy Krakowa. Poza tym jeżdżę na rowerze, robię zdjęcia i gotuję. Świetnie odpoczywa mi się w kuchni.

Czasem dochodzi do takich zbrodni, gdzie nie ma naocznych świadków, którzy mogliby wskazać sprawcę. Są tylko poszlaki. Jak się pracuje przy takich sprawach?

- Opieram się wtedy o dowody, które w pośredni sposób wskazują na danego sprawcę. Traktuję je jak ogniwa, które ostatecznie powinny utworzyć spójny, logiczny i nierozerwalny łańcuch dający odpowiedź na pytanie, co i dlaczego się wydarzyło. Tak było na przykład podczas procesu w sprawie okrutnego zabójstwa staruszki z Opola. Nie było świadków, którzy widzieliby oskarżonego studenta Pawła W. Było jednak sporo poszlak. Wiadomo było, że wcześniej okradł inną kobietę, że był u zamordowanej w domu, miał na sobie jej krew, a następnego dnia zachowywał się dziwnie, chciał się upić. W jego wersji on chciał ją tylko okraść, a kiedy przyszedł, staruszka już nie żyła. Mało prawdopodobne, jednak ostatecznie możliwe. Zadaniem sądu było zweryfikować tę wersję. Sprawdzić, czy można ją dowodami obalić.

Zdarza się Panu prosić o radę innych?

- Oczywiście. Nie zdradzam tajemnic z sali rozpraw, ale w rozmowie przy kawie omawiam problem prawny. Nie wstydzę się pytać. Wydaje mi się, że wstydliwe jest raczej popełnianie błędu tylko dlatego, że ktoś uznał, iż sam jest na tyle mądry i dumny, że nie poprosi nikogo o radę. Poza tym w tych najbardziej skomplikowanych sprawach, np. zabójstw, nie orzeka jedna osoba tylko pięcioosobowy skład sędziowski. Zasiada w nim dwóch sędziów zawodowych oraz trzech ławników. Każdy ma takie samo prawo głosu, a ostateczna decyzja musi być uzgodniona. Zdarza się, że godzinami spieramy się o pewne kwestie, o których nie mogę mówić szerzej, gdyż obowiązuje mnie tajemnica. Zdarzało się również, że ławnicy przegłosowywali sędziów zawodowych.

Czy jako prezes wciąż będzie Pan orzekał w sprawach karnych?

- Tak. I wciąż będę pracował jako sędzia pierwszej instancji, choć generalnie prezesi sądów pracują raczej w drugiej instancji, czyli w takim sądzie, który ocenia wydane już wyroki. Ja jednak lubię mieć kontakt ze stronami, osobiście przeprowadzać dowody, czego nie robi się, orzekając w drugiej instancji. Nie chcę z tego rezygnować.

Były prezes sędzia Ryszard Janowski przewidywał, że choć przez sześć lat był Pan jego zastępcą, to bez wahania zmieni Pan w pracy sądu to, co się Panu nie podoba. Jakie są więc pańskie plany na przyszłość?

- Miło słyszeć takie słowa od sędziego Janowskiego. Tym bardziej że nawet jego oponenci muszą przyznać, iż jest to wielka osobowość. Doskonale zna sąd i wymiar sprawiedliwości, dlatego z pewnością skorzystam z wielu jego pomysłów. Na pewno będę chciał dokończyć informatyzację sądu i zadbać o lepsze warunki lokalowe dla sądów rejonowych, zwłaszcza w Nysie i Kędzierzynie-Koźlu. Natomiast pierwszy tydzień pracy zacznę od wskazania mojego zastępcy. Mam kilka kandydatur, nie ujawnię ich jednak, póki nie porozmawiam z tymi osobami.

W szerszej perspektywie chciałbym się okazać prezesem, który będzie przypominał sędziom o tym, by byli odważni, by odważnie korzystali z samorządności i właściwie realizowali zasadę niezawisłości. Poza tym wiem, że jestem akceptowany jako prezes, gdyż podczas zgromadzenia ogólnego sędziowie pozytywnie zaopiniowali moją kandydaturę. Chciałbym móc tego nie zmarnować, choć przygotowany jestem na to, że będę musiał wydawać również niepopularne decyzje.

Źródło: Gazeta Wyborcza Opole

Ocena:

słabe

nic specjalnego

dobre

bardzo dobre

znakomite

4.7

3 głosy