Nasze opolskie uczelnie: grzeszymy i trwamy

Anita Dmitruczuk
2009-10-19 , aktualizacja: 18.10.2009 16:53
A A A Drukuj
Jedyne, co musi uczelnia wyższa, to trwać. Dlatego nikt za bardzo nie lubi zastanawiać się nad grzechami, które popełnia. Trwa dopóki, dopóty zarówno studenci, jak i wykładowcy wyznają zasadę: "Żyj i pozwól żyć innym".
Politechnika Opolska
Fot. Rafał Mielnik / AG
Politechnika Opolska
Studentka K. - jedna z najlepszych na swoim roku na Politechnice Opolskiej - kupiła przez internet i obroniła pracę magisterską. Gdy sprawa wyszła na jaw, powiedziała dziennikarzowi: "mogę zapłacić każdą cenę". Co na to jej promotor? Uznał, że ścigać i karać należy tych, którzy na zamówienie prace piszą, a nie tych, którzy kupują. A studentka K. była przecież dobrą studentką...

Iwona S. - studiowała, pracując w banku, najpierw splagiatowała pracę magisterską swojej koleżanki z pracy, potem przekazała ją innemu koledze, bo akurat studiował na WSZiA. Na uczelni powołano komisję do zbadania tej sprawy i nie dopatrzono się plagiatu "formalnego", choć "intelektualny" nie ulegał wątpliwości. Słowem - wystarczyło przepisać czyjąś pracę swoimi słowami i nikomu to nie przeszkadzało. Magister jest, problemu nie ma.

To tylko dwa przypadki z ostatnich lat. Ile było naprawdę? Nie wiadomo. I nikogo to nie obchodzi, bo jeśli nawet jakiś plagiat ujrzy światło dzienne, to sprawa będzie żyła przez jakiś czas, ale potem przycichnie. I nikt się nie zastanowi, dlaczego ciągle jest tak, że jeden promotor przypada na kilkudziesięciu studentów.

Zresztą studenci w swojej znakomitej większości przez studia i tak się prześlizgują. Droga na skróty, jaką sobie fundują na koniec swojej kariery na uczelni, to tylko efekt pięciu lat ucieleśniania myśli "żyj i daj żyć innym". Bo wtedy wiadomo, że wykładowca, który od lat prowadzi zajęcia w ten sam sposób, niczym nie zaskoczy na egzaminie. Wykładowca i tak prowadzi mnóstwo zajęć, często na kilku uczelniach, więc na eksperymentowanie z dydaktyką nie ma czasu. Nie ma go też na badania, toteż wykłady po prostu powtarza i nie zmienia ich ani w tym roku, ani w następnym.

Problem się pojawia, kiedy student zaczyna być roszczeniowy. Taki, jak zaoczna studentka polonistyki, która wysłała anonim, recenzując pracę swoich wykładowców. Co zrobił szef instytutu? Ano wywiesił anonim w sekretariacie, nie dyskutując nawet z jego treścią. Jego pracownicy odczytali intencję szefa zgodnie z atmosferą, jaką odczuwali w pracy: "Dyrektor każdego instytutu jest panem i władcą. Zdecydowana większość adiunktów instytutu filologii to roczniki mniej więcej 1971. Robimy habilitację, na którą mamy 9 lat. Jeśli ktoś nie zdąży, co się zdarza, dyrektor instytutu może, ale nie musi, wydłużyć mu czas o dodatkowe trzy lata. Kto w takiej sytuacji pójdzie z nim na wojnę?"- mówili Gazecie.

Na wojnę nie pójdzie oczywiście nikt. Ani student, ani doktor, ani profesor. Bo wojna zwyczajnie się nie opłaca.

Uczelnie wyższe od dawna są już fabrykami magistrów. Specyficznymi, bo chyba jedynymi, które nie muszą się zanadto przejmować potrzebami rynku.

A mechanizm zatrudnienia i funkcjonowania w tej fabryce jest prosty: profesor jest, więc jest akredytacja. Jest akredytacja, więc można otworzyć kierunek. Jest jakiś kierunek, to muszą być zajęcia. Ale nikogo już nie obchodzi, czy profesor, dzięki któremu kierunek istnieje, prowadzi zajęcia z dziedziny, w której się specjalizuje. A jak się nie specjalizuje, to wykład po prostu jakoś tam opracowuje i powtarza w nieskończoność. A student w najlepszym przypadku zakuwa, zdaje i zapomina. Czyni tak przez pięć lat i być może zostaje na uczelni pisać doktorat. Kiedy się broni, spada na niego mnóstwo zajęć, które musi prowadzić ze studentami, a także układanie planu zajęć, organizowanie konferencji, robienie tysiąca innych rzeczy poza systematyczną pracą nad własnymi badaniami. Kiedy pnie się w górę ma do wyboru: albo pracuje nad badaniami, albo zarabia.

Więc zarabia i na badania znowu nie ma czasu. Pod jego skrzydła trafia kilkudziesięciu studentów, którzy ślizgają się przez studia i on już wie, że aby mógł spokojnie żyć musi też pozwolić żyć swoim studentom.

I tak uczelnia wypuszcza kolejnych magistrów w kolejnym roku, na którego inaugurację ktoś, kto to wszystko ma już za sobą, przywdziewa gronostaje i nie zastanawia się nad grzechami swojej uczelni. Bo uczelnia musi mielić dalej. I to wszystko, co musi

Podziel się

  • 44 komentarze
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    8 głosów

  • Nasze opolskie uczelnie: grzeszymy i trwamy mamatylda2 19.10.09, 09:07

    Pani dziennkarko, niewątpliwie absolwentko jakiejś uczelni :nie ma wyrazu "splagiatowała".Proszę nie trwać w błędzie.»

  • Nasze opolskie uczelnie: grzeszymy i trwamy fewruarjos 19.10.09, 19:49

    Przeczytałem zarówno tekst w GW jak i wszystkie komentarze z dużą uwagą -głównie dlatego, że poczułem się w pewnym sensie adresatem wszystkichwypowiedzi. Jestem pracownikiem jednej z »

Jesteśmy na Facebooku