Wenecja Kotarbińskiego z muzyką w tle
12.02.2012
, aktualizacja: 10.02.2012 14:29
Na obrazie Wilhelma Kotarbińskiego światła drażnią, mroczą, dudnią, drzemią i spadają z okien na dół, tam gdzie kanał z gondolami. W tempie, szybko, z szalonymi obrotami. I po schodach znów do domu, gdzie zabawa wre
ZOBACZ TAKŻE
- Przekleństwo mnicha (11-03-12, 09:00)
- Dama z czworonogiem. Poznaj skarby opolskie (04-03-12, 09:30)
- Ślady śmierci uwiecznione na płótnach (19-02-12, 09:00)
- Dandys i zbójnicy u Jarockiego [OPISUJE AGNIESZKA KANIA] (02-02-12, 23:00)
- Jak Duccio malował Maestę (28-01-12, 14:50)
Jak ważne jest tło, przekonałam się całkiem niedawno. Rozmawiałam z profesorem Andrzejem Basajem, wspomniałam ubiegłoroczne Biennale w Wenecji: fabrykę życiorysów Christiana Boltanskiego, gdzie każdy ma szansę na szczęście, o ile deus ex machina czegoś nie popsuje. Bo lubi kręcić korbą, liczyć światła i zmieniające się twarze. Temu zdrowie, temu bałagan, tej krzyżyk postawi. Jakby grał w jednorękiego bandytę.
Opowiadałam o wypalonych, czyli ludziach świecach w Arsenale. Można się przy nich ogrzać, robić zdjęcia, patrzeć jak gasną, zaczynając od głów, zupełnie jak chorzy na alzheimera. Opisywałam żołnierzy - puchate hełmy, mundury ze stokrotek, a w lufach obracają się, przeskakują kule. I to prawdziwe, ołowiane. W salach wystawowych piętrzyły się instalacje, ścigały fotomontaże, zwodziły specjalnie zaprojektowane ściany (choćby te w kształcie gwiazdy Moniki Sosnowskiej), migotały grafiki komputerowe, zaskakiwały filmy i fotografie. Brakowało tylko malarstwa.
- Może należy do przeszłości, zbyt staromodne, by je pokazać? - zastanawiałam się głośno.
- Ostatnie Biennale? To triumf malarstwa! - włączyła się znienacka Magda Hlawacz.
Profesor spojrzał badawczo, zmrużył oczy, widać było, że się zastanawia: która z nas mija się z prawdą?
A zawiniło tło. Bo wcześniej zwiedzałam miasto, schodziłam akademię pełną dzieł dawnych mistrzów, zajrzałam do muzeum Teodora Correra. Mieści się ono w pałacu ozdobionym freskami ciężkimi od złota, postaciami półnagich kobiet i mężów. Nie mogłam opuścić Galerii Sztuki Współczesnej Ca' Pesaro i kolekcji Peggy Guggenheim, wypełnionych po brzegi obrazami i rzeźbami. Dla Magdy było to szóste już Biennale.
Przez wiele lat pomijano tam malarstwo. Tak ważne stały się nowe media. Zaskoczyły ją więc olbrzymie płótna Tintoretta w centralnym pawilonie i obrazowa Kanada, i pojedyncze obrazy tu i ówdzie.
***
Włodzimierz Majakowski przekonywał czytelników, że „ rytm jest podstawową siłą wiersza. Służy jako element uściślenia konstrukcji, bez rytmu wiersz mógłby się rozsypać”. Wracam do Muzeum Śląska Opolskiego, patrzę na „ Wenecję” Wilhelma Kotarbińskiego (1849-1922) - niewielką scenę rodzajową opowiedzianą farbami olejnymi. Na obrazie widać amantów, poczciwych zalotników, trochę sentymentalnych, trochę zagubionych. Jak Konstanty Lewin, Moniuszkowski flisak Franek albo Pietruszka z burleski Igora Strawińskiego.
Płyną, śpiewają, grają na lutni, wpatrują się w Kitty, Zosię czy Balerinę. Dziewczyna wsparła się na poduchach, ułożyła prążki spódnicy, zmarszczyła rękawy a gigot, nudzi się albo udaje znudzoną, słucha - nie słucha, czasem podniesie wzrok na gondoliera Antonia. Nie zmieścił się w ramach, ale przecież doskonale wiemy, jak wygląda: szczupły, o kruczoczarnych włosach. Włożył sweter w granatowe pasy, bo tak nakazuje tradycja.
W pasy są też jego policzki i życiorys jest w linie, na przemian ciemne i jasne chwile. Wiosłuje rytmicznie - bez tego rytmu kompozycja mogłaby się rozsypać, a tak staje się pełna poezji. Jak w wierszu. Z łódką, która mknie, chybocze się lekko, przechyla na jedną stronę, a fale ją łaskoczą. Próbują ją wyprzedzić, zataczają się przy palu ze złotym otokiem. Zmieniają kierunek, wracają, by znów musnąć burtę gondoli. Nareszcie zatrzymują się przy schodach. Schody prowadzą w głąb.
A tam światła drażnią, mroczą, dudnią, drzemią, kaszlą, chrapią i spadają z żyrandoli, hop do okien, z okien na dół, tam gdzie kanał z gondolami. W tempie, szybko, z szalonymi obrotami. Wypłukują błyski, ognie, ociekają żółtą farbą, plączą się, zmieniają kolor, różowieją, pąsowieją, nieustannie w mokrym pędzie. Zaczepiają galerników, łypią okiem na panicza wytwornisia. Ten się ubrał, daję słowo: żabot do koszuli w kwiaty. I wracają błyski, światła, jak po dobrej porcji wina - już pijane, obłąkane, z głośnym rykiem lub na palcach - i wbiegają po trzech stopniach, i wskakują wprost do domu, tego na drugim planie.
Drzwi otwarte, okna małe, a na sznurkach gdzieś pod ramą wiszą gacie, przecierają się perkale, zawiązane w duży supeł płyną z wiatrem dwie pończochy. Zaś przez moment - dwa kwadranse - wysychają grube spodnie, oczywiście generalskie. Bo tam tańczą i hulają żołnierz z panną sekretarką. Przy bufecie leży aktor, mówią, że się uczy sceny. Obok niego elegantka. Gumką ściska sztuczne loki, znika w tekturowej masce, przywiązała się do lady, białą wstążkę od gorsetu połknął piękniś z kontrabasem. Myślał chyba, że spaghetti. A tam skaczą, gną się, tupią. Absztyfikant całkiem stary wisi na dziewczynie pulchnej. I nie słychać barkaroli ani żadnej serenady, nie ma miejsca dla maślaków, kawalerów spod ponurej gwiazdy, jakichś smętnych fatygantów. Tam się bawią! Tam się bawią!
Opowiadałam o wypalonych, czyli ludziach świecach w Arsenale. Można się przy nich ogrzać, robić zdjęcia, patrzeć jak gasną, zaczynając od głów, zupełnie jak chorzy na alzheimera. Opisywałam żołnierzy - puchate hełmy, mundury ze stokrotek, a w lufach obracają się, przeskakują kule. I to prawdziwe, ołowiane. W salach wystawowych piętrzyły się instalacje, ścigały fotomontaże, zwodziły specjalnie zaprojektowane ściany (choćby te w kształcie gwiazdy Moniki Sosnowskiej), migotały grafiki komputerowe, zaskakiwały filmy i fotografie. Brakowało tylko malarstwa.
- Może należy do przeszłości, zbyt staromodne, by je pokazać? - zastanawiałam się głośno.
- Ostatnie Biennale? To triumf malarstwa! - włączyła się znienacka Magda Hlawacz.
Profesor spojrzał badawczo, zmrużył oczy, widać było, że się zastanawia: która z nas mija się z prawdą?
A zawiniło tło. Bo wcześniej zwiedzałam miasto, schodziłam akademię pełną dzieł dawnych mistrzów, zajrzałam do muzeum Teodora Correra. Mieści się ono w pałacu ozdobionym freskami ciężkimi od złota, postaciami półnagich kobiet i mężów. Nie mogłam opuścić Galerii Sztuki Współczesnej Ca' Pesaro i kolekcji Peggy Guggenheim, wypełnionych po brzegi obrazami i rzeźbami. Dla Magdy było to szóste już Biennale.
Przez wiele lat pomijano tam malarstwo. Tak ważne stały się nowe media. Zaskoczyły ją więc olbrzymie płótna Tintoretta w centralnym pawilonie i obrazowa Kanada, i pojedyncze obrazy tu i ówdzie.
***
Włodzimierz Majakowski przekonywał czytelników, że „ rytm jest podstawową siłą wiersza. Służy jako element uściślenia konstrukcji, bez rytmu wiersz mógłby się rozsypać”. Wracam do Muzeum Śląska Opolskiego, patrzę na „ Wenecję” Wilhelma Kotarbińskiego (1849-1922) - niewielką scenę rodzajową opowiedzianą farbami olejnymi. Na obrazie widać amantów, poczciwych zalotników, trochę sentymentalnych, trochę zagubionych. Jak Konstanty Lewin, Moniuszkowski flisak Franek albo Pietruszka z burleski Igora Strawińskiego.
Płyną, śpiewają, grają na lutni, wpatrują się w Kitty, Zosię czy Balerinę. Dziewczyna wsparła się na poduchach, ułożyła prążki spódnicy, zmarszczyła rękawy a gigot, nudzi się albo udaje znudzoną, słucha - nie słucha, czasem podniesie wzrok na gondoliera Antonia. Nie zmieścił się w ramach, ale przecież doskonale wiemy, jak wygląda: szczupły, o kruczoczarnych włosach. Włożył sweter w granatowe pasy, bo tak nakazuje tradycja.
W pasy są też jego policzki i życiorys jest w linie, na przemian ciemne i jasne chwile. Wiosłuje rytmicznie - bez tego rytmu kompozycja mogłaby się rozsypać, a tak staje się pełna poezji. Jak w wierszu. Z łódką, która mknie, chybocze się lekko, przechyla na jedną stronę, a fale ją łaskoczą. Próbują ją wyprzedzić, zataczają się przy palu ze złotym otokiem. Zmieniają kierunek, wracają, by znów musnąć burtę gondoli. Nareszcie zatrzymują się przy schodach. Schody prowadzą w głąb.
A tam światła drażnią, mroczą, dudnią, drzemią, kaszlą, chrapią i spadają z żyrandoli, hop do okien, z okien na dół, tam gdzie kanał z gondolami. W tempie, szybko, z szalonymi obrotami. Wypłukują błyski, ognie, ociekają żółtą farbą, plączą się, zmieniają kolor, różowieją, pąsowieją, nieustannie w mokrym pędzie. Zaczepiają galerników, łypią okiem na panicza wytwornisia. Ten się ubrał, daję słowo: żabot do koszuli w kwiaty. I wracają błyski, światła, jak po dobrej porcji wina - już pijane, obłąkane, z głośnym rykiem lub na palcach - i wbiegają po trzech stopniach, i wskakują wprost do domu, tego na drugim planie.
Drzwi otwarte, okna małe, a na sznurkach gdzieś pod ramą wiszą gacie, przecierają się perkale, zawiązane w duży supeł płyną z wiatrem dwie pończochy. Zaś przez moment - dwa kwadranse - wysychają grube spodnie, oczywiście generalskie. Bo tam tańczą i hulają żołnierz z panną sekretarką. Przy bufecie leży aktor, mówią, że się uczy sceny. Obok niego elegantka. Gumką ściska sztuczne loki, znika w tekturowej masce, przywiązała się do lady, białą wstążkę od gorsetu połknął piękniś z kontrabasem. Myślał chyba, że spaghetti. A tam skaczą, gną się, tupią. Absztyfikant całkiem stary wisi na dziewczynie pulchnej. I nie słychać barkaroli ani żadnej serenady, nie ma miejsca dla maślaków, kawalerów spod ponurej gwiazdy, jakichś smętnych fatygantów. Tam się bawią! Tam się bawią!
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
3 głosy





