Ruiny, głód i szczury. Opole po wojnie [REPORTAŻ]
03.02.2012
, aktualizacja: 03.02.2012 19:27
Gdy 24 stycznia 1945 roku wojska sowieckie zdobyły prawobrzeżną część Opola, miasto było opustoszałe, grasowały po nim tylko wygłodniałe szczury. Jednak kilka miesięcy później tętniło już tu życie
ZOBACZ TAKŻE
- Wybuch Powstania Warszawskiego na ożywionej fotografii - [ZOBACZ KONIECZNIE] (12-03-12, 20:00)
- Jadąc pociągiem przez Opolszczyznę jesteśmy bezpieczni? (06-03-12, 07:00)
- Utrudnienia na drogach - poniedziałek (6 lutego) (06-02-12, 06:00)
Roman Jerzy Dąbrowski, więzień obozu w Auschwitz, powstaniec warszawski, 9 maja 1945 r. wrócił do Warszawy z przymusowych robót w Niemczech. Z jego rodzinnego domu nic nie pozostało. Nie wiedział, co począć. Ktoś mu doradził, by wyjechał na Ziemie Odzyskane.
Do Opola dotarł 14 maja 1945 r. "Miasto było puste. Wszędzie zalegały tony gruzu, czuć swąd spalenizny" - zapisał. W pamięć wbiły mu się "miliony głodnych szczurów". I unoszące się w powietrzu ogromne ilości pierza z rozdartych pierzyn i poduszek.
Swoje wspomnienia z pierwszych miesięcy powojennego Opola spisał cztery lata temu. Zmarł w zeszłym roku w wieku 93 lat. Jego zapiski udostępniła nam żona, Zofia Dąbrowska.
Spalili moje miasta
"Miasto mojej młodości, Warszawę, spalili Niemcy. Miasto, do którego, bez entuzjazmu, przeniosłem się po wojnie - Opole - spalili Rosjanie" - pisze pan Roman.
W 1944 r. Oppeln zostaje ogłoszone twierdzą. Jej dowódcą zostaje Johan Graf von Pfeil. Brakuje mu jednak broni, żołnierzy, posiłki nie nadchodzą. W drugiej połowie stycznia 1945 r. rozpoczyna się ewakuacja mieszkańców. W nocy z 21 na 22 stycznia von Pfeil popełnia samobójstwo. Wojska niemieckie wycofują się za Odrę.
Sowieci zdobywają prawobrzeżną część miasta 24 stycznia. A 19 marca, po wznowieniu ofensywy, wypierają Niemców z lewego brzegu.
Roman Dąbrowski wspomina: "Armia Radziecka uważała, że Opole, jako miasto niemieckie, stanowi jej łup wojenny i wszystko im tu wolno. Rabowano więc wszystko, co miało jakąkolwiek wartość, a co się nie dało wymontować - palono, niszczono i rozbijano. Systematycznie niszczono fabryki i zakłady produkcyjne, ogałacając je ze wszelkich urządzeń i wyposażenia. Zabierano meble, konie, krowy, leki ze szpitali, a także ludzi z ulic do pracy".
Pod koniec marca przyjeżdża z Katowic grupa urzędników organizująca pierwsze polskie władze administracyjne w mieście, ale w kolejnych miesiącach nadal dochodzi do napadów, kradzieży i gwałtów.
Dąbrowski: "Miasto przypomina dziki zachód. Masa wałęsających się po ulicach uzbrojonych, wiecznie pijanych żołnierzy radzieckich. Często znajdowaliśmy trupy osób pomordowanych nocą. Całe ulice płonęły, a straż pożarna (już zorganizowana) nie mogła interweniować z braku benzyny. Sprzęt gaśniczy przewożono więc ręcznym wózkiem, a skuteczność gaszenia była opłakana, bo nie było bieżącej wody".
Pewnego razu szedł wieczorem z kolegą ulicą Grunwaldzką. "Janek miał w kieszeni pół litra wódki, a w ustach papierosa osadzonego w srebrnej cygarniczce. Zaczepił nas ruski żołnierz z bronią i w trakcie rozmowy wyrwał mu z ust cygarniczkę. Janek nie namyślał się wiele, wyciągnął z kieszeni butelkę z wódką i rąbnął go nią w głowę. Wódka zalała mu twarz, wtedy obaj uciekliśmy".
Milicjant aresztuje lekarzy
Przedwojenni mieszkańcy, ewakuowani w styczniu, zaczynają wracać już wiosną. Każdy musi przejść weryfikację, jeśli nie zostaje uznany za obywatela polskiego, jest wysiedlany do Niemiec. Dąbrowski pisze, że w mieście działało kilka dużych obozów, także dla jeńców włoskich, rosyjskich, Ukraińców wracających z robót przymusowych czy Polaków przyłapanych na bandytyzmie.
Zaczynają też przyjeżdżać pierwsze transporty z Polakami wysiedlonymi z kresów. Repatrianci koczują na dworcu wschodnim, czekają na pociąg, który zawiezie ich jeszcze dalej na zachód. "Z dnia na dzień jest ich coraz więcej, panują głód, wszy i tyfus. 9 maja przybyła do Opola komisja lekarska z Katowic wraz z delegatem ministra zdrowia, by przekonać się o grozie położenia przesiedleńców. Zaraz po przybyciu do Opola cała komisja została aresztowana przez miejscowego milicjanta, mimo że wszyscy członkowie mieli na rękach opaski Czerwonego Krzyża. Po wyjaśnieniu sprawy komisję zwolniono. Była jednak w takim nastroju, że zrezygnowała z lustracji wagonów i baraków, poprzestając na odwiedzeniu chorych w radzieckim szpitalu wojskowym" - wspomina Roman Dąbrowski.
Część repatriantów decyduje się na to, by zostać w Opolu. Mieszkańców przybywa. 30 kwietnia 1945 r. w mieście było zameldowanych 2736 osób, z końcem roku ok. 30 tys. W 1950 r., według danych ze spisu powszechnego, było ich ponad 38 tys., z czego 22,8 proc. stanowiła rdzenna ludność śląska, a aż 77,2 proc. napływowa (59,2 proc. pochodziło z Kresów Wschodnich).
Trupy na dnie
Problemem było zdobycie jedzenia, Dąbrowski pisze, że początkowo żywili się tylko tym, co znajdowali w piwnicach: przerośniętymi, nadgniłymi ziemniakami i kompotami.
Czasem dochodziło do makabrycznych sytuacji. Na pl. Armii Czerwonej (dziś Kopernika), straszyły ruiny browaru. "Wojska radzieckie zdemontowały i wywiozły wszystkie urządzenia, poza jednym kotłem, do połowy wypełnionym ciemnym piwem. Całe procesje ludzi chodziły więc tam z wiadrami, czerpiąc piwo, aż do dnia, kiedy ukazało się dno zbiornika, a na dnie dwa trupy żołnierzy niemieckich, w mundurach, z bronią!".
Handel w mieście zaczęła organizować Powszechna Spółdzielnia Spożywców. Dąbrowski od razu znalazł w niej pracę, bo przed wojną, w Warszawie, pracował w sklepie. "Gdy mi powiedziano, że będę kierownikiem filii, przestraszyłem się. Czy ja dam radę, co to za filia? Okazało się, że był to stary, do połowy zburzony, pusty sklep z masą szczurów. Miałem go odgruzować, urządzić, zabezpieczyć i uruchomić. Dostałem do pomocy jedną ekspedientkę, wiadro, szczotkę i wzięliśmy się do sprzątania. Był 17 maja, pierwszą pensję dostałem 20 grudnia".
Cieszył się jednak, że codziennie otrzymywał w pracy zupę. PSS handlował wszystkim, co udało się kupić w ilościach hurtowych: "Głównymi naszymi dostawcami byli żołnierze sowieccy, którzy sprzedawali to, co udało im się zrabować. Raz było to 200 litrów spirytusu, innym razem 15 ton cukru, który żołnierze sprzedali nam razem z wojskowym samochodem, bo inaczej nie chcieli".
Do Opola dotarł 14 maja 1945 r. "Miasto było puste. Wszędzie zalegały tony gruzu, czuć swąd spalenizny" - zapisał. W pamięć wbiły mu się "miliony głodnych szczurów". I unoszące się w powietrzu ogromne ilości pierza z rozdartych pierzyn i poduszek.
Swoje wspomnienia z pierwszych miesięcy powojennego Opola spisał cztery lata temu. Zmarł w zeszłym roku w wieku 93 lat. Jego zapiski udostępniła nam żona, Zofia Dąbrowska.
Spalili moje miasta
"Miasto mojej młodości, Warszawę, spalili Niemcy. Miasto, do którego, bez entuzjazmu, przeniosłem się po wojnie - Opole - spalili Rosjanie" - pisze pan Roman.
W 1944 r. Oppeln zostaje ogłoszone twierdzą. Jej dowódcą zostaje Johan Graf von Pfeil. Brakuje mu jednak broni, żołnierzy, posiłki nie nadchodzą. W drugiej połowie stycznia 1945 r. rozpoczyna się ewakuacja mieszkańców. W nocy z 21 na 22 stycznia von Pfeil popełnia samobójstwo. Wojska niemieckie wycofują się za Odrę.
Sowieci zdobywają prawobrzeżną część miasta 24 stycznia. A 19 marca, po wznowieniu ofensywy, wypierają Niemców z lewego brzegu.
Roman Dąbrowski wspomina: "Armia Radziecka uważała, że Opole, jako miasto niemieckie, stanowi jej łup wojenny i wszystko im tu wolno. Rabowano więc wszystko, co miało jakąkolwiek wartość, a co się nie dało wymontować - palono, niszczono i rozbijano. Systematycznie niszczono fabryki i zakłady produkcyjne, ogałacając je ze wszelkich urządzeń i wyposażenia. Zabierano meble, konie, krowy, leki ze szpitali, a także ludzi z ulic do pracy".
Pod koniec marca przyjeżdża z Katowic grupa urzędników organizująca pierwsze polskie władze administracyjne w mieście, ale w kolejnych miesiącach nadal dochodzi do napadów, kradzieży i gwałtów.
Dąbrowski: "Miasto przypomina dziki zachód. Masa wałęsających się po ulicach uzbrojonych, wiecznie pijanych żołnierzy radzieckich. Często znajdowaliśmy trupy osób pomordowanych nocą. Całe ulice płonęły, a straż pożarna (już zorganizowana) nie mogła interweniować z braku benzyny. Sprzęt gaśniczy przewożono więc ręcznym wózkiem, a skuteczność gaszenia była opłakana, bo nie było bieżącej wody".
Pewnego razu szedł wieczorem z kolegą ulicą Grunwaldzką. "Janek miał w kieszeni pół litra wódki, a w ustach papierosa osadzonego w srebrnej cygarniczce. Zaczepił nas ruski żołnierz z bronią i w trakcie rozmowy wyrwał mu z ust cygarniczkę. Janek nie namyślał się wiele, wyciągnął z kieszeni butelkę z wódką i rąbnął go nią w głowę. Wódka zalała mu twarz, wtedy obaj uciekliśmy".
Milicjant aresztuje lekarzy
Przedwojenni mieszkańcy, ewakuowani w styczniu, zaczynają wracać już wiosną. Każdy musi przejść weryfikację, jeśli nie zostaje uznany za obywatela polskiego, jest wysiedlany do Niemiec. Dąbrowski pisze, że w mieście działało kilka dużych obozów, także dla jeńców włoskich, rosyjskich, Ukraińców wracających z robót przymusowych czy Polaków przyłapanych na bandytyzmie.
Zaczynają też przyjeżdżać pierwsze transporty z Polakami wysiedlonymi z kresów. Repatrianci koczują na dworcu wschodnim, czekają na pociąg, który zawiezie ich jeszcze dalej na zachód. "Z dnia na dzień jest ich coraz więcej, panują głód, wszy i tyfus. 9 maja przybyła do Opola komisja lekarska z Katowic wraz z delegatem ministra zdrowia, by przekonać się o grozie położenia przesiedleńców. Zaraz po przybyciu do Opola cała komisja została aresztowana przez miejscowego milicjanta, mimo że wszyscy członkowie mieli na rękach opaski Czerwonego Krzyża. Po wyjaśnieniu sprawy komisję zwolniono. Była jednak w takim nastroju, że zrezygnowała z lustracji wagonów i baraków, poprzestając na odwiedzeniu chorych w radzieckim szpitalu wojskowym" - wspomina Roman Dąbrowski.
Część repatriantów decyduje się na to, by zostać w Opolu. Mieszkańców przybywa. 30 kwietnia 1945 r. w mieście było zameldowanych 2736 osób, z końcem roku ok. 30 tys. W 1950 r., według danych ze spisu powszechnego, było ich ponad 38 tys., z czego 22,8 proc. stanowiła rdzenna ludność śląska, a aż 77,2 proc. napływowa (59,2 proc. pochodziło z Kresów Wschodnich).
Trupy na dnie
Problemem było zdobycie jedzenia, Dąbrowski pisze, że początkowo żywili się tylko tym, co znajdowali w piwnicach: przerośniętymi, nadgniłymi ziemniakami i kompotami.
Czasem dochodziło do makabrycznych sytuacji. Na pl. Armii Czerwonej (dziś Kopernika), straszyły ruiny browaru. "Wojska radzieckie zdemontowały i wywiozły wszystkie urządzenia, poza jednym kotłem, do połowy wypełnionym ciemnym piwem. Całe procesje ludzi chodziły więc tam z wiadrami, czerpiąc piwo, aż do dnia, kiedy ukazało się dno zbiornika, a na dnie dwa trupy żołnierzy niemieckich, w mundurach, z bronią!".
Handel w mieście zaczęła organizować Powszechna Spółdzielnia Spożywców. Dąbrowski od razu znalazł w niej pracę, bo przed wojną, w Warszawie, pracował w sklepie. "Gdy mi powiedziano, że będę kierownikiem filii, przestraszyłem się. Czy ja dam radę, co to za filia? Okazało się, że był to stary, do połowy zburzony, pusty sklep z masą szczurów. Miałem go odgruzować, urządzić, zabezpieczyć i uruchomić. Dostałem do pomocy jedną ekspedientkę, wiadro, szczotkę i wzięliśmy się do sprzątania. Był 17 maja, pierwszą pensję dostałem 20 grudnia".
Cieszył się jednak, że codziennie otrzymywał w pracy zupę. PSS handlował wszystkim, co udało się kupić w ilościach hurtowych: "Głównymi naszymi dostawcami byli żołnierze sowieccy, którzy sprzedawali to, co udało im się zrabować. Raz było to 200 litrów spirytusu, innym razem 15 ton cukru, który żołnierze sprzedali nam razem z wojskowym samochodem, bo inaczej nie chcieli".
1
2
następne »
- 24 komentarze
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
2 głosy
-
Re: Ruiny, głód i szczury. opole po wojnie [repor
oppelner_os
06.02.12, 20:25
Czy twoj dziadek-czerwonoarmista opowiedzial ci Jasiu o swoich "przygodach" pod Warszawa w 1920 roku?»




więcej zdjęć
