Opolszczyzna to ich ziemia obiecana. Zostawili dla niej rodziny

Beata Łabutin
26.11.2011 , aktualizacja: 26.11.2011 16:55
A A A Drukuj
Opolszczyzna to teraz ich ojczyzna. Mała ojczyzna, druga ojczyzna... Zostawiają dla niej domy, rodziny, świat, w którym się wychowali. Jadą tutaj, za lepszym życiem
Said Edaich szybko pokochał Opolszczyznę
Fot. Rafał Mielnik / AG
Said Edaich szybko pokochał Opolszczyznę
- Na Ukrainie za chleb sześć hrywien trzeba teraz zapłacić - kręci głową Valery. - Dobry chleb, smaczny - to prawda. Tyle że tam ja zarabiał półtora tysiąca hrywien, czyli niecałe pięćset złotych za miesiąc harówki na budowie. W Polsce nawet kilka razy więcej.

Na Ukrainie z pensji mógł ze swoją córką, 24-letnią studentką Iriną (we dwójkę zostali, bo żona odeszła), przeżyć tydzień. Potem trzeba było kombinować - złapać fuchę na kilka dni to tu, to tam. A to na dużej budowie przy wylewaniu betonu, a to na mniejszej przy murowaniu ścian, a to u sąsiada przy stawianiu płotu...

Z miesiąca na miesiąc było z tym coraz trudniej. W końcu żadnej roboty znaleźć się nie dało; kryzys, który dotknął zachodnią Ukrainę, sprawił, że 18 procent firm budowlanych zbankrutowało. No i ten kryzys wygnał Valerka z Chmielnickiego (dawniej Płoskirów), dużego i wydawałoby się zasobnego miasta, za granicę.

Bo tu ludzie radosne

Planuje, że zostanie w Opolu na stałe. I ściągnie córkę. - Bo tu można zaplanować sobie coś na rok, dwa, pięć naprzód - błyska w uśmiechu złotą jedynką, gdy poprawia się na skórzanej kanapie. Rozmawiamy w biurze opolskiej firmy, która go zatrudnia.

- No i można tak zwyczajnie zrobić zakupy, pójść do kina i jeszcze odłożyć na przyszłość. I śmiać się. A na Ukrainie ludzie smutne. Martwią się, co będzie z nimi, z dziećmi. Tam nie ma perspektyw. A tu to jest normalne życie - powiada Valerek.

Mykayło Kitsak, lat 51, majster budowlany, przystojny ciemny blondyn, barczysty, pogodny. W Polsce od ośmiu lat, na Opolszczyźnie od pięciu.

Zaliczył już różne budowy, między innymi w gazoporcie w Świnoujściu i przy stadionie we Wrocławiu; firma, która go zatrudnia, miała tam podkontrakt przy zbrojeniach. Strasznie tęskni za domem w podlwowskim Busku (jeździ tam dwa-trzy razy do roku na krótki urlop). Za ogródkiem, za swoim podwórkiem, za żoną i córką. Bo syn pracuje z nim na Opolszczyźnie, ma już polskie dokumenty, właśnie składa wniosek o Kartę Polaka (babcia była Polką) i na Ukrainę nie wróci.

Bo po co, jak tam nawet dla tych po studiach pracy nie ma? Mykayło i Valery pracowali już z chłopakiem, który skończył akademię finansowo-bankową i kierownikiem w banku we Lwowie był, w dziale kredytów. Zarabiał tam na polskie 900 zł. No to przyjechał do Opola, układa kable, muruje ściany. - I żyje jak człowiek. Ludzie tu do was przyjeżdżają po to, po co wy do Niemiec jedziecie: po normalne życie - kwituje Oleksander Staniszewski, budowlaniec z Kijowa.

Mówi niezłą polszczyzną. Parę lat w Polsce już spędził i najbardziej sobie ceni perspektywę na przyszłość. To, że odłożył trochę grosza, że nie musi żyć z dnia na dzień, niepewny jutra. Że firma zatrudnia go legalnie, płaci ubezpieczenie, więc jak złamie nogę, to go do szpitala karetką zawiozą i za darmo wyleczą. - Ja spokojny zasypiam - uśmiecha się.

Zimno, ale ludzie otwarci

Said Edaich, Marokańczyk, jest z wyboru Polakiem. Doskonale wykształcony - magisterka i doktorat na uniwersytecie we Włoszech, praca na kierowniczym stanowisku w rzymskim urzędzie miasta. Porzucił jednak Włochy i przyjechał do Polski, bo zmęczyła go atmosfera podejrzliwości i nagonka na przedstawicieli świata arabskiego, jaka trwała na Zachodzie po zamachu z 11 września. - Chciałem normalności - mówi.

Z żoną, która pochodzi z Grodkowa, przyjechał więc do Opola. Normalnie jednak nie było, bo ze swym świetnym wykształceniem i znajomością kilku języków przez cztery lata nie mógł znaleźć pracy. Owszem, mógł zostać ochroniarzem albo murarzem, ale to wszystko. Dlaczego? Bo jest Arabem.

- Odbywałem rozmowy kwalifikacyjne jedną po drugiej, słyszałem: "Dziękujemy panu, proszę czekać na telefon". Ja czekałem, nikt nie dzwonił.

Said Edaich opowiedział o sobie w naszej gazecie. Po publikacji dostał propozycję z Politechniki Opolskiej, gdzie pracuje do dziś. - Czuję się stuprocentowym Polakiem i moje miejsce jest tutaj - mówi. - Tak, jestem patriotą, polskim patriotą.

Do Maroka wracać nie zamierza, bo tu jego córki będą miały lepsze perspektywy na przyszłość. Zresztą tam życie jest inne, inna mentalność, inna kultura. A on przywykł do Polski. Kraju, gdzie jest zimno, ale ludzie są otwarci.

Jarosław z Kazachstanu (28 lat, średnie wykształcenie techniczne, nazwiska nie poda z wiadomych względów) w Polsce jest od kilku miesięcy i na razie tej normalności, za którą tęsknił, jeszcze tu nie znalazł. Pomieszkuje pod Nysą, u kuzynki, której sporo zawdzięcza, ale jeśli znajdzie pracę, to na czarno. Wynajął się kilka razy u prywatnych ludzi do pomocy przy budowie domków; jak widzi, że coś się gdzieś buduje, to zaczepia i pyta. A i znajomi ciotki już wiedzą, że Jarosław na robotę czeka, więc czasem zadzwonią.

Częściej jednak znajdzie się zajęcie w cudzych ogrodach. - Teraz, jesienią, jakoś idzie, bo przy ziemi robota jest, a ludziom nie chce się łopatą działać - mówi.

Trudno mu wiązać koniec z końcem, ale wyjeżdżać by nie chciał. Ma plan, żeby starać się o Kartę Polaka, bo rodzina ma polskie korzenie. Myśli, że tu jest jego przyszłość. Chce, żeby tu była jego ojczyzna.

Podziel się

  • 13 komentarzy
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy

Jesteśmy na Facebooku