Opolszczyzna to ich ziemia obiecana. Zostawili dla niej rodziny
26.11.2011
, aktualizacja: 26.11.2011 16:55
Opolszczyzna to teraz ich ojczyzna. Mała ojczyzna, druga ojczyzna... Zostawiają dla niej domy, rodziny, świat, w którym się wychowali. Jadą tutaj, za lepszym życiem
ZOBACZ TAKŻE
- Na ul. Walecki ludzie wciąż marzną (28-11-11, 08:00)
- Opolscy rektorzy u papieża: To było wzruszające (27-11-11, 17:07)
- Poparcie dla aborcji. 300 podpisów opolan (27-11-11, 11:49)
- Pierwsze wzruszenia opolskich dzieci u św. Mikołaja [WIDEO] (26-11-11, 20:51)
- Gwardia się męczyła. Ale wygrała (26-11-11, 20:23)
- Biały śpiew w najlepszym opolskim wykonaniu [WIDEO] (26-11-11, 18:52)
- Do Opola już dotarły święta [WIDEO] (26-11-11, 18:15)
- Pierwszy opolski test historyczny wypalił (26-11-11, 12:00)
- Filharmonicy grożą strajkiem (26-11-11, 10:00)
- Dłużnicy biblioteki do Krajowego Rejestru Długów (26-11-11, 09:00)
- Najlepsze zdjęcia świata już w Opolu (26-11-11, 05:00)
- Opolszczyzna oazą pracy dla obcokrajowców (23-11-11, 08:46)
- Na Ukrainie za chleb sześć hrywien trzeba teraz zapłacić - kręci głową Valery. - Dobry chleb, smaczny - to prawda. Tyle że tam ja zarabiał półtora tysiąca hrywien, czyli niecałe pięćset złotych za miesiąc harówki na budowie. W Polsce nawet kilka razy więcej.
Na Ukrainie z pensji mógł ze swoją córką, 24-letnią studentką Iriną (we dwójkę zostali, bo żona odeszła), przeżyć tydzień. Potem trzeba było kombinować - złapać fuchę na kilka dni to tu, to tam. A to na dużej budowie przy wylewaniu betonu, a to na mniejszej przy murowaniu ścian, a to u sąsiada przy stawianiu płotu...
Z miesiąca na miesiąc było z tym coraz trudniej. W końcu żadnej roboty znaleźć się nie dało; kryzys, który dotknął zachodnią Ukrainę, sprawił, że 18 procent firm budowlanych zbankrutowało. No i ten kryzys wygnał Valerka z Chmielnickiego (dawniej Płoskirów), dużego i wydawałoby się zasobnego miasta, za granicę.
Bo tu ludzie radosne
Planuje, że zostanie w Opolu na stałe. I ściągnie córkę. - Bo tu można zaplanować sobie coś na rok, dwa, pięć naprzód - błyska w uśmiechu złotą jedynką, gdy poprawia się na skórzanej kanapie. Rozmawiamy w biurze opolskiej firmy, która go zatrudnia.
- No i można tak zwyczajnie zrobić zakupy, pójść do kina i jeszcze odłożyć na przyszłość. I śmiać się. A na Ukrainie ludzie smutne. Martwią się, co będzie z nimi, z dziećmi. Tam nie ma perspektyw. A tu to jest normalne życie - powiada Valerek.
Mykayło Kitsak, lat 51, majster budowlany, przystojny ciemny blondyn, barczysty, pogodny. W Polsce od ośmiu lat, na Opolszczyźnie od pięciu.
Zaliczył już różne budowy, między innymi w gazoporcie w Świnoujściu i przy stadionie we Wrocławiu; firma, która go zatrudnia, miała tam podkontrakt przy zbrojeniach. Strasznie tęskni za domem w podlwowskim Busku (jeździ tam dwa-trzy razy do roku na krótki urlop). Za ogródkiem, za swoim podwórkiem, za żoną i córką. Bo syn pracuje z nim na Opolszczyźnie, ma już polskie dokumenty, właśnie składa wniosek o Kartę Polaka (babcia była Polką) i na Ukrainę nie wróci.
Bo po co, jak tam nawet dla tych po studiach pracy nie ma? Mykayło i Valery pracowali już z chłopakiem, który skończył akademię finansowo-bankową i kierownikiem w banku we Lwowie był, w dziale kredytów. Zarabiał tam na polskie 900 zł. No to przyjechał do Opola, układa kable, muruje ściany. - I żyje jak człowiek. Ludzie tu do was przyjeżdżają po to, po co wy do Niemiec jedziecie: po normalne życie - kwituje Oleksander Staniszewski, budowlaniec z Kijowa.
Mówi niezłą polszczyzną. Parę lat w Polsce już spędził i najbardziej sobie ceni perspektywę na przyszłość. To, że odłożył trochę grosza, że nie musi żyć z dnia na dzień, niepewny jutra. Że firma zatrudnia go legalnie, płaci ubezpieczenie, więc jak złamie nogę, to go do szpitala karetką zawiozą i za darmo wyleczą. - Ja spokojny zasypiam - uśmiecha się.
Zimno, ale ludzie otwarci
Said Edaich, Marokańczyk, jest z wyboru Polakiem. Doskonale wykształcony - magisterka i doktorat na uniwersytecie we Włoszech, praca na kierowniczym stanowisku w rzymskim urzędzie miasta. Porzucił jednak Włochy i przyjechał do Polski, bo zmęczyła go atmosfera podejrzliwości i nagonka na przedstawicieli świata arabskiego, jaka trwała na Zachodzie po zamachu z 11 września. - Chciałem normalności - mówi.
Z żoną, która pochodzi z Grodkowa, przyjechał więc do Opola. Normalnie jednak nie było, bo ze swym świetnym wykształceniem i znajomością kilku języków przez cztery lata nie mógł znaleźć pracy. Owszem, mógł zostać ochroniarzem albo murarzem, ale to wszystko. Dlaczego? Bo jest Arabem.
- Odbywałem rozmowy kwalifikacyjne jedną po drugiej, słyszałem: "Dziękujemy panu, proszę czekać na telefon". Ja czekałem, nikt nie dzwonił.
Said Edaich opowiedział o sobie w naszej gazecie. Po publikacji dostał propozycję z Politechniki Opolskiej, gdzie pracuje do dziś. - Czuję się stuprocentowym Polakiem i moje miejsce jest tutaj - mówi. - Tak, jestem patriotą, polskim patriotą.
Do Maroka wracać nie zamierza, bo tu jego córki będą miały lepsze perspektywy na przyszłość. Zresztą tam życie jest inne, inna mentalność, inna kultura. A on przywykł do Polski. Kraju, gdzie jest zimno, ale ludzie są otwarci.
Jarosław z Kazachstanu (28 lat, średnie wykształcenie techniczne, nazwiska nie poda z wiadomych względów) w Polsce jest od kilku miesięcy i na razie tej normalności, za którą tęsknił, jeszcze tu nie znalazł. Pomieszkuje pod Nysą, u kuzynki, której sporo zawdzięcza, ale jeśli znajdzie pracę, to na czarno. Wynajął się kilka razy u prywatnych ludzi do pomocy przy budowie domków; jak widzi, że coś się gdzieś buduje, to zaczepia i pyta. A i znajomi ciotki już wiedzą, że Jarosław na robotę czeka, więc czasem zadzwonią.
Częściej jednak znajdzie się zajęcie w cudzych ogrodach. - Teraz, jesienią, jakoś idzie, bo przy ziemi robota jest, a ludziom nie chce się łopatą działać - mówi.
Trudno mu wiązać koniec z końcem, ale wyjeżdżać by nie chciał. Ma plan, żeby starać się o Kartę Polaka, bo rodzina ma polskie korzenie. Myśli, że tu jest jego przyszłość. Chce, żeby tu była jego ojczyzna.
Na Ukrainie z pensji mógł ze swoją córką, 24-letnią studentką Iriną (we dwójkę zostali, bo żona odeszła), przeżyć tydzień. Potem trzeba było kombinować - złapać fuchę na kilka dni to tu, to tam. A to na dużej budowie przy wylewaniu betonu, a to na mniejszej przy murowaniu ścian, a to u sąsiada przy stawianiu płotu...
Z miesiąca na miesiąc było z tym coraz trudniej. W końcu żadnej roboty znaleźć się nie dało; kryzys, który dotknął zachodnią Ukrainę, sprawił, że 18 procent firm budowlanych zbankrutowało. No i ten kryzys wygnał Valerka z Chmielnickiego (dawniej Płoskirów), dużego i wydawałoby się zasobnego miasta, za granicę.
Bo tu ludzie radosne
Planuje, że zostanie w Opolu na stałe. I ściągnie córkę. - Bo tu można zaplanować sobie coś na rok, dwa, pięć naprzód - błyska w uśmiechu złotą jedynką, gdy poprawia się na skórzanej kanapie. Rozmawiamy w biurze opolskiej firmy, która go zatrudnia.
- No i można tak zwyczajnie zrobić zakupy, pójść do kina i jeszcze odłożyć na przyszłość. I śmiać się. A na Ukrainie ludzie smutne. Martwią się, co będzie z nimi, z dziećmi. Tam nie ma perspektyw. A tu to jest normalne życie - powiada Valerek.
Mykayło Kitsak, lat 51, majster budowlany, przystojny ciemny blondyn, barczysty, pogodny. W Polsce od ośmiu lat, na Opolszczyźnie od pięciu.
Zaliczył już różne budowy, między innymi w gazoporcie w Świnoujściu i przy stadionie we Wrocławiu; firma, która go zatrudnia, miała tam podkontrakt przy zbrojeniach. Strasznie tęskni za domem w podlwowskim Busku (jeździ tam dwa-trzy razy do roku na krótki urlop). Za ogródkiem, za swoim podwórkiem, za żoną i córką. Bo syn pracuje z nim na Opolszczyźnie, ma już polskie dokumenty, właśnie składa wniosek o Kartę Polaka (babcia była Polką) i na Ukrainę nie wróci.
Bo po co, jak tam nawet dla tych po studiach pracy nie ma? Mykayło i Valery pracowali już z chłopakiem, który skończył akademię finansowo-bankową i kierownikiem w banku we Lwowie był, w dziale kredytów. Zarabiał tam na polskie 900 zł. No to przyjechał do Opola, układa kable, muruje ściany. - I żyje jak człowiek. Ludzie tu do was przyjeżdżają po to, po co wy do Niemiec jedziecie: po normalne życie - kwituje Oleksander Staniszewski, budowlaniec z Kijowa.
Mówi niezłą polszczyzną. Parę lat w Polsce już spędził i najbardziej sobie ceni perspektywę na przyszłość. To, że odłożył trochę grosza, że nie musi żyć z dnia na dzień, niepewny jutra. Że firma zatrudnia go legalnie, płaci ubezpieczenie, więc jak złamie nogę, to go do szpitala karetką zawiozą i za darmo wyleczą. - Ja spokojny zasypiam - uśmiecha się.
Zimno, ale ludzie otwarci
Said Edaich, Marokańczyk, jest z wyboru Polakiem. Doskonale wykształcony - magisterka i doktorat na uniwersytecie we Włoszech, praca na kierowniczym stanowisku w rzymskim urzędzie miasta. Porzucił jednak Włochy i przyjechał do Polski, bo zmęczyła go atmosfera podejrzliwości i nagonka na przedstawicieli świata arabskiego, jaka trwała na Zachodzie po zamachu z 11 września. - Chciałem normalności - mówi.
Z żoną, która pochodzi z Grodkowa, przyjechał więc do Opola. Normalnie jednak nie było, bo ze swym świetnym wykształceniem i znajomością kilku języków przez cztery lata nie mógł znaleźć pracy. Owszem, mógł zostać ochroniarzem albo murarzem, ale to wszystko. Dlaczego? Bo jest Arabem.
- Odbywałem rozmowy kwalifikacyjne jedną po drugiej, słyszałem: "Dziękujemy panu, proszę czekać na telefon". Ja czekałem, nikt nie dzwonił.
Said Edaich opowiedział o sobie w naszej gazecie. Po publikacji dostał propozycję z Politechniki Opolskiej, gdzie pracuje do dziś. - Czuję się stuprocentowym Polakiem i moje miejsce jest tutaj - mówi. - Tak, jestem patriotą, polskim patriotą.
Do Maroka wracać nie zamierza, bo tu jego córki będą miały lepsze perspektywy na przyszłość. Zresztą tam życie jest inne, inna mentalność, inna kultura. A on przywykł do Polski. Kraju, gdzie jest zimno, ale ludzie są otwarci.
Jarosław z Kazachstanu (28 lat, średnie wykształcenie techniczne, nazwiska nie poda z wiadomych względów) w Polsce jest od kilku miesięcy i na razie tej normalności, za którą tęsknił, jeszcze tu nie znalazł. Pomieszkuje pod Nysą, u kuzynki, której sporo zawdzięcza, ale jeśli znajdzie pracę, to na czarno. Wynajął się kilka razy u prywatnych ludzi do pomocy przy budowie domków; jak widzi, że coś się gdzieś buduje, to zaczepia i pyta. A i znajomi ciotki już wiedzą, że Jarosław na robotę czeka, więc czasem zadzwonią.
Częściej jednak znajdzie się zajęcie w cudzych ogrodach. - Teraz, jesienią, jakoś idzie, bo przy ziemi robota jest, a ludziom nie chce się łopatą działać - mówi.
Trudno mu wiązać koniec z końcem, ale wyjeżdżać by nie chciał. Ma plan, żeby starać się o Kartę Polaka, bo rodzina ma polskie korzenie. Myśli, że tu jest jego przyszłość. Chce, żeby tu była jego ojczyzna.
1
2
następne »
- 13 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
2 głosy





