Polscy Niemcy podzieleni na 20-lecie
25.02.2010
, aktualizacja: 25.02.2010 15:56
Mniejszość Niemiecka świętuje 20-lecie. Czy ten czas został w dużej mierze stracony, jat twierdzą ci, którzy rządzą organizacją obecnie? Czy mocne wejście w politykę było konieczne, by wywalczyć dla MN należne jej miejsce, jak przekonują ci, którzy nią przez długie lata sterowali?
Stowarzyszeniem Niemców rządzi już nowe pokolenie, które uważa, że czas zająć się należycie tym, co najważniejsze - pielęgnowaniem tożsamości. - Za dużo już czasu stracono na politykę - mówią. Brunonowi Kosakowi z Kędzierzyna-Koźla (wiceprzewodniczącemu MN) marzą się aby członkowie MN byli dumni z tego, że są Niemcami.
- Żebyśmy w końcu potrafili bez ogródek tak o sobie pomyśleć i powiedzieć, a nie przy pytaniu: "kto ty jesteś", zasłaniali się pojęciem "Ślązak". Żebyśmy byli dumni z naszej historii, z naszego dorobku kulturowego - wyrzuca z siebie.
Jego zdaniem przez ostatnie 20 lat za dużo było w Mniejszości Niemieckiej polityki, a za mało dbania o niemiecką tożsamość. Teraz trzeba koniecznie te proporcje odwrócić (patrz obok, co mówi Kosak)
Wieloletni lider MN Henryk Kroll broni linii organizacji, której przewodził przez niespełna 20 lat. Uważa, że tylko dzięki temu, iż Mniejszość Niemiecka zaczęła wygrywać wybory, i to na wielu szczeblach samorządów, a także mieć swych reprezentantów w polskim parlamencie, mogła wywalczyć sobie pozycję w społeczeństwie, swoje prawa, które dopiero gwarantują im możliwość dbania o tożsamość.
Na pewno Kroll ma wiele racji, że mniejszości łatwiej domagać się swych praw, gdy ma poważne polityczne zaplecze.
Ale nie może też zaprzeczyć, że przez te lata zaganiani za zdobywaniem posad i synekur działacze MN roztrwonili wiele z potencjału, jaki miał wielki ruch społeczny, który wyrósł z potrzeby zjednoczenia się ludzi czujących się Niemcami.
Zabrakło równowagi między potrzebami serca danej mniejszości, a siłą jej reprezentacji. Napisał o tym m.in. w pierwszym w tym roku numerze powiatowej gazety "Beczka" jeden z twórców MN w Polsce Bernard Sojka, odsunięty później przez ekipę Krolla. Jego zdaniem, kiedy przedstawicielom tego wielkiego ruchu udało się zdobyć polityczne łupy, zwyczajnie zapomnieli o dbaniu o kulturę, oświacie, o młodzieży, słowem o fundamentalnych potrzebach mniejszości.
Niewątpliwie mogło to spowodować, że Mniejszości zaczął z roku na rok topnieć elektorat i teraz bardzo ciężko jest to odrobić. A bez elektoratu MN zacznie być politycznie marginalizowana. Co byłoby niekorzystne. Bo Mniejszość Niemiecka na Opolszczyźnie to już trwały element krajobrazu, element zarówno ubogacający, jak i stabilizujący. Bez prężnej i silnej MN ten region byłby o wiele uboższy.
I nie chodzi tylko o te setki tysięcy euro, jakie przez lata szły z Niemiec na mniejszość, ale służyły całej opolskiej społeczności, bo pobudowano z nich kanalizację w licznych miejscowościach, odnowiono budynki, wyposażono szpitale.
Region byłby też uboższy o niemiecką kulturę, styl bycia, odmienne spojrzenie. A tak mamy mieszankę niemieckiego ordnungu z wyobraźnią i otwartością przybyszów zza Buga.
Pewien mój nauczyciel powtarzał, że najwięcej dobrego, pięknego i twórczego powstaje tam, gdzie styka się wiele kultur i tradycji. Za przykład dawał akurat Lwów, jednak w duszy marzyło mu się takie właśnie Opole. Niestety nie dożył czasów, kiedy poznajemy nie tylko piastowską historię tego miasta, ale także tę przedwojenną, niemiecką, też fascynującą.
Były wojny pomnikowe, wciąż zamalowywane są dwujęzyczne tablice. Obie strony - mniejszość i większość - od czasu do czasu coś rozdrażni. Mimo to na tyle się dotarliśmy, aby żyć zgodnie i uczyć się siebie wzajemnie. Po 20 latach jesteśmy - Polacy i Niemcy - prawdziwymi sąsiadami.
- Żebyśmy w końcu potrafili bez ogródek tak o sobie pomyśleć i powiedzieć, a nie przy pytaniu: "kto ty jesteś", zasłaniali się pojęciem "Ślązak". Żebyśmy byli dumni z naszej historii, z naszego dorobku kulturowego - wyrzuca z siebie.
Jego zdaniem przez ostatnie 20 lat za dużo było w Mniejszości Niemieckiej polityki, a za mało dbania o niemiecką tożsamość. Teraz trzeba koniecznie te proporcje odwrócić (patrz obok, co mówi Kosak)
Wieloletni lider MN Henryk Kroll broni linii organizacji, której przewodził przez niespełna 20 lat. Uważa, że tylko dzięki temu, iż Mniejszość Niemiecka zaczęła wygrywać wybory, i to na wielu szczeblach samorządów, a także mieć swych reprezentantów w polskim parlamencie, mogła wywalczyć sobie pozycję w społeczeństwie, swoje prawa, które dopiero gwarantują im możliwość dbania o tożsamość.
Na pewno Kroll ma wiele racji, że mniejszości łatwiej domagać się swych praw, gdy ma poważne polityczne zaplecze.
Ale nie może też zaprzeczyć, że przez te lata zaganiani za zdobywaniem posad i synekur działacze MN roztrwonili wiele z potencjału, jaki miał wielki ruch społeczny, który wyrósł z potrzeby zjednoczenia się ludzi czujących się Niemcami.
Zabrakło równowagi między potrzebami serca danej mniejszości, a siłą jej reprezentacji. Napisał o tym m.in. w pierwszym w tym roku numerze powiatowej gazety "Beczka" jeden z twórców MN w Polsce Bernard Sojka, odsunięty później przez ekipę Krolla. Jego zdaniem, kiedy przedstawicielom tego wielkiego ruchu udało się zdobyć polityczne łupy, zwyczajnie zapomnieli o dbaniu o kulturę, oświacie, o młodzieży, słowem o fundamentalnych potrzebach mniejszości.
Niewątpliwie mogło to spowodować, że Mniejszości zaczął z roku na rok topnieć elektorat i teraz bardzo ciężko jest to odrobić. A bez elektoratu MN zacznie być politycznie marginalizowana. Co byłoby niekorzystne. Bo Mniejszość Niemiecka na Opolszczyźnie to już trwały element krajobrazu, element zarówno ubogacający, jak i stabilizujący. Bez prężnej i silnej MN ten region byłby o wiele uboższy.
I nie chodzi tylko o te setki tysięcy euro, jakie przez lata szły z Niemiec na mniejszość, ale służyły całej opolskiej społeczności, bo pobudowano z nich kanalizację w licznych miejscowościach, odnowiono budynki, wyposażono szpitale.
Region byłby też uboższy o niemiecką kulturę, styl bycia, odmienne spojrzenie. A tak mamy mieszankę niemieckiego ordnungu z wyobraźnią i otwartością przybyszów zza Buga.
Pewien mój nauczyciel powtarzał, że najwięcej dobrego, pięknego i twórczego powstaje tam, gdzie styka się wiele kultur i tradycji. Za przykład dawał akurat Lwów, jednak w duszy marzyło mu się takie właśnie Opole. Niestety nie dożył czasów, kiedy poznajemy nie tylko piastowską historię tego miasta, ale także tę przedwojenną, niemiecką, też fascynującą.
Były wojny pomnikowe, wciąż zamalowywane są dwujęzyczne tablice. Obie strony - mniejszość i większość - od czasu do czasu coś rozdrażni. Mimo to na tyle się dotarliśmy, aby żyć zgodnie i uczyć się siebie wzajemnie. Po 20 latach jesteśmy - Polacy i Niemcy - prawdziwymi sąsiadami.
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
11 głosów




