Acid Drinkers: Opole to nie obciach
10.06.2011
, aktualizacja: 10.06.2011 17:44
- Obiecaliśmy fanom, że jeśli tu trafimy, to zgruzujemy amfiteatr. Być może nie skończy się na wyrywaniu krzesełek z betonu, bo to kulturalna impreza, ale na pewno postaramy się zaserwować publiczności taki show, jakiego tu od dawna nie było - zapowiada Titus z thrashmetalowego zespołu Acid Drinkers.
ZOBACZ TAKŻE
- Acid Drinkers: nie gustujemy w arystokratkach (10-06-11, 23:20)
Rozmowa z frontmanem Acid Drinkers*
Piotr Guzik: Do festiwalowego towarzystwa pasujecie jak pięść do nosa.
Tomasz „Titus” Pukacki: A to nie jest Metalmania?
Nie, to nie Katowice.
- Cholera, źle mnie przywieźli widocznie. No, ale przynajmniej jesteśmy na Śląsku (śmiech ). Co my tu robimy? To jest dobre pytanie. Zadałem je sobie kilka dni temu i porównałem do takiej sytuacji, kiedy budzisz się na kacu na Hawajach i nie bardzo wiesz, o co chodzi, ale przepiękna Hawajka nalewa ci mojito na klina i przygrywa na ukulele. Słowem, jest miło i sympatycznie.
Takie masz wrażenia po pierwszych próbach w amfiteatrze?
- Na naszych koncertach backline, czyli układ wzmacniaczy, odsłuchów i sprzętu, z jakiego korzystamy podczas występów, jest inny od tego, jaki mamy do dyspozycji tutaj. Wymogi tej imprezy są takie, że jesteśmy zmuszeni przystosować się do takich warunków, jakie mają wszyscy. Ale damy radę.
Obok debiutu na deskach amfiteatru udział w Superjedynkach będzie dla was chyba pierwszym od dłuższego czasu udziałem w telewizyjnym show.
- Pomijając obecność w transmisjach z Przystanku Woodstock, rzeczywiście tak będzie. Pamiętam jeszcze czasy, kiedy w telewizyjnej "Dwójce" puszczali mocne granie. W 1995 roku w studiu w Krakowie zarejestrowano cały nasz półtoragodzinny koncert, podczas którego zagraliśmy między innymi cały album "Infernal Connection". To były piękne czasy. Później TVP nie była już zainteresowana kręceniem takich czterech dzikusów jak my.
Teraz zagracie na sztandarowej imprezie TVP.
- Jako muzyk występujący w zespole grającym anglosaski wytwór zwany thrash metalem, w życiu nie podejrzewałem, że tu trafię. Zwłaszcza że 20 lat temu Lucjan Kydryński, człowiek bądź co bądź silnie związany z tym festiwalem, powiedział mi: "Młody człowieku, jakbyś trafił tu, na tę scenę, to ja bym dostał w papę". Na razie jestem wstrząśnięty i zmieszany. Zobaczymy, czy po wszystkim będę niewstrząśnięty i niezmieszany.
Z drugiej strony to ludzie poprzez internetowe głosowanie zdecydowali o tym, że się tu pojawiliście.
- Mamy demokrację. Wkroczyła ona do kultury. Na Zachodzie metal jest częścią kultury. U nas jeszcze nie, ale kto wie, może nasza obecność tutaj wskazuje, że zaczyna się to zmieniać?
Ten rok to dla was pasmo sukcesów. Płyta "Fishdick Zwei: The Dick Is Rising Again" zdobyła uznanie krytyków, zgarnęliście też za nią aż cztery Fryderyki. Zarzuca wam się jednak, że odcinacie kupony od cudzych kawałków.
- Kiedy zabierasz się za granie rocka, to robisz to dlatego, bo cenisz artystów, w których jesteś zapatrzony. Na początku uczysz się gry, ćwicząc ich kawałki. Gdy już je wyszlifujesz i w miarę opanujesz instrument, na którym trenujesz, zwykle zaczynasz podążać w kierunku własnych zainteresowań. Często jednak w głębi twojej duszy pozostaje sentyment do kawałków, od których zaczynałeś. I zwykle wracasz do tych numerów. My robimy to bardzo często. Nie dlatego, że brak nam inwencji, tylko dlatego, że to lubimy.
Zresztą nie robimy tego wyłącznie my. By nie szukać daleko - Metallica często sięga po utwory innych artystów. Nagrali nawet podwójny album "Garage Inc.", na którym zamieścili same covery. A że nasza ostatnia płyta zdobyła cztery Fryderyki? Moim zdaniem to wyraz uznania dla autorów kompozycji na nich zamieszczonych, a nie dla nas.
Oryginały przearanżowaliście jednak dość mocno.
- Zawsze gdy podchodziliśmy do cudzych kompozycji, to staraliśmy się wywracać je do góry nogami (lub obracać krzyż do góry nogami, jak to się mawia w pewnych kręgach metalowych). Tak było ponad 15 lat temu, kiedy wydaliśmy swój pierwszy album coverowy "Fishdick". Wtedy wzięliśmy na warsztat kawałki klasyków mocnego grania, dokładając do nich własny power. Na kontynuacji "Fishdicka" postanowiliśmy pójść o krok dalej. Dlatego gramy Slayera w wersji country, Metallicę śpiewa Czesław Mozil z akordeonem, a dyskotekowy numer Donny Summer zagrany a la Pantera. Myślę, że takie podejście jest uczciwe. Choć prawdę mówiąc, nie myśleliśmy o tym, by chłopakom ze Slayera posłać naszą wersję "Seasons in the Abyss". Aż tak odważni to nie jesteśmy.
Opole to nie jest obciach?
- Wydaje mi się, że sama scena, miejsce i ludzie nie są obciachowi. Obciachu można sobie narobić słabym wykonaniem albo nieprofesjonalnym podejściem do tego wszystkiego.
Na koncercie zagracie mieszankę dwóch kawałków. W "Hit the Road Jack" wpleciony jest fragment waszego utworu "The Joker".
- Podczas koncertu mamy do dyspozycji trzy minuty i 15 sekund. Tak po prawdzie, to w tym czasie to ja mogę pokazać dupę, a nie za bardzo mogę pokazać zespół oraz to, co on mniej więcej gra. Z drugiej strony nie chcieliśmy przyłożyć tutaj zbyt ostrym łomotem, bo to też nie jest na to miejsce i czas. Na to są nasze własne, autorskie koncerty. Ale też musiałem wpleść w kawałek Raya Charlesa coś swojego. Z całą sympatią dla Raya, jego kawałek gram na czterech dźwiękach. A to nie jest wszystko, co Acid Drinkers potrafią i chcą zagrać!
Zapowiadaliście, że jeśli zakwalifikujecie się do finału Superjedynek, to zgruzujecie amfiteatr. Nadal macie taki plan?
- W trzry minuty i 15 sekund będzie ciężko, ale zrobimy wszystko, co w naszej mocy (śmiech ).
* Grupa w piątek zawalczy o Superjedynkę w kategorii Superzespół
Piotr Guzik: Do festiwalowego towarzystwa pasujecie jak pięść do nosa.
Tomasz „Titus” Pukacki: A to nie jest Metalmania?
Nie, to nie Katowice.
- Cholera, źle mnie przywieźli widocznie. No, ale przynajmniej jesteśmy na Śląsku (śmiech ). Co my tu robimy? To jest dobre pytanie. Zadałem je sobie kilka dni temu i porównałem do takiej sytuacji, kiedy budzisz się na kacu na Hawajach i nie bardzo wiesz, o co chodzi, ale przepiękna Hawajka nalewa ci mojito na klina i przygrywa na ukulele. Słowem, jest miło i sympatycznie.
Takie masz wrażenia po pierwszych próbach w amfiteatrze?
- Na naszych koncertach backline, czyli układ wzmacniaczy, odsłuchów i sprzętu, z jakiego korzystamy podczas występów, jest inny od tego, jaki mamy do dyspozycji tutaj. Wymogi tej imprezy są takie, że jesteśmy zmuszeni przystosować się do takich warunków, jakie mają wszyscy. Ale damy radę.
Obok debiutu na deskach amfiteatru udział w Superjedynkach będzie dla was chyba pierwszym od dłuższego czasu udziałem w telewizyjnym show.
- Pomijając obecność w transmisjach z Przystanku Woodstock, rzeczywiście tak będzie. Pamiętam jeszcze czasy, kiedy w telewizyjnej "Dwójce" puszczali mocne granie. W 1995 roku w studiu w Krakowie zarejestrowano cały nasz półtoragodzinny koncert, podczas którego zagraliśmy między innymi cały album "Infernal Connection". To były piękne czasy. Później TVP nie była już zainteresowana kręceniem takich czterech dzikusów jak my.
Teraz zagracie na sztandarowej imprezie TVP.
- Jako muzyk występujący w zespole grającym anglosaski wytwór zwany thrash metalem, w życiu nie podejrzewałem, że tu trafię. Zwłaszcza że 20 lat temu Lucjan Kydryński, człowiek bądź co bądź silnie związany z tym festiwalem, powiedział mi: "Młody człowieku, jakbyś trafił tu, na tę scenę, to ja bym dostał w papę". Na razie jestem wstrząśnięty i zmieszany. Zobaczymy, czy po wszystkim będę niewstrząśnięty i niezmieszany.
Z drugiej strony to ludzie poprzez internetowe głosowanie zdecydowali o tym, że się tu pojawiliście.
- Mamy demokrację. Wkroczyła ona do kultury. Na Zachodzie metal jest częścią kultury. U nas jeszcze nie, ale kto wie, może nasza obecność tutaj wskazuje, że zaczyna się to zmieniać?
Ten rok to dla was pasmo sukcesów. Płyta "Fishdick Zwei: The Dick Is Rising Again" zdobyła uznanie krytyków, zgarnęliście też za nią aż cztery Fryderyki. Zarzuca wam się jednak, że odcinacie kupony od cudzych kawałków.
- Kiedy zabierasz się za granie rocka, to robisz to dlatego, bo cenisz artystów, w których jesteś zapatrzony. Na początku uczysz się gry, ćwicząc ich kawałki. Gdy już je wyszlifujesz i w miarę opanujesz instrument, na którym trenujesz, zwykle zaczynasz podążać w kierunku własnych zainteresowań. Często jednak w głębi twojej duszy pozostaje sentyment do kawałków, od których zaczynałeś. I zwykle wracasz do tych numerów. My robimy to bardzo często. Nie dlatego, że brak nam inwencji, tylko dlatego, że to lubimy.
Zresztą nie robimy tego wyłącznie my. By nie szukać daleko - Metallica często sięga po utwory innych artystów. Nagrali nawet podwójny album "Garage Inc.", na którym zamieścili same covery. A że nasza ostatnia płyta zdobyła cztery Fryderyki? Moim zdaniem to wyraz uznania dla autorów kompozycji na nich zamieszczonych, a nie dla nas.
Oryginały przearanżowaliście jednak dość mocno.
- Zawsze gdy podchodziliśmy do cudzych kompozycji, to staraliśmy się wywracać je do góry nogami (lub obracać krzyż do góry nogami, jak to się mawia w pewnych kręgach metalowych). Tak było ponad 15 lat temu, kiedy wydaliśmy swój pierwszy album coverowy "Fishdick". Wtedy wzięliśmy na warsztat kawałki klasyków mocnego grania, dokładając do nich własny power. Na kontynuacji "Fishdicka" postanowiliśmy pójść o krok dalej. Dlatego gramy Slayera w wersji country, Metallicę śpiewa Czesław Mozil z akordeonem, a dyskotekowy numer Donny Summer zagrany a la Pantera. Myślę, że takie podejście jest uczciwe. Choć prawdę mówiąc, nie myśleliśmy o tym, by chłopakom ze Slayera posłać naszą wersję "Seasons in the Abyss". Aż tak odważni to nie jesteśmy.
Opole to nie jest obciach?
- Wydaje mi się, że sama scena, miejsce i ludzie nie są obciachowi. Obciachu można sobie narobić słabym wykonaniem albo nieprofesjonalnym podejściem do tego wszystkiego.
Na koncercie zagracie mieszankę dwóch kawałków. W "Hit the Road Jack" wpleciony jest fragment waszego utworu "The Joker".
- Podczas koncertu mamy do dyspozycji trzy minuty i 15 sekund. Tak po prawdzie, to w tym czasie to ja mogę pokazać dupę, a nie za bardzo mogę pokazać zespół oraz to, co on mniej więcej gra. Z drugiej strony nie chcieliśmy przyłożyć tutaj zbyt ostrym łomotem, bo to też nie jest na to miejsce i czas. Na to są nasze własne, autorskie koncerty. Ale też musiałem wpleść w kawałek Raya Charlesa coś swojego. Z całą sympatią dla Raya, jego kawałek gram na czterech dźwiękach. A to nie jest wszystko, co Acid Drinkers potrafią i chcą zagrać!
Zapowiadaliście, że jeśli zakwalifikujecie się do finału Superjedynek, to zgruzujecie amfiteatr. Nadal macie taki plan?
- W trzry minuty i 15 sekund będzie ciężko, ale zrobimy wszystko, co w naszej mocy (śmiech ).
* Grupa w piątek zawalczy o Superjedynkę w kategorii Superzespół
- 1 komentarz
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
5 głosów





