Opolscy olimpiczycy: Wołodyjowski ze Startu Opole

Zdzisław Adamiec
05.02.2012 , aktualizacja: 03.02.2012 18:58
A A A Drukuj
Chciał być koszykarzem, ale w 1970 r. na korytarzu SP 12 w Opolu zobaczył plakat z wielkim tytułem: "Czy chcesz zostać Wołodyjowskim?"
Piotr Jabłkowski (rocznik 1958) upatrzył sobie szablę
Piotr Jabłkowski (rocznik 1958) upatrzył sobie szablę
Namalował go Ryszard Marszałek, ówczesny nauczyciel SP 12, czynny jeszcze wtedy zawodnik, później trener szermierczej sekcji opolskiego Startu.

Piotr Jabłkowski (rocznik 1958) upatrzył sobie oczywiście szablę. Ale przyszedł do sali we wtorek, a wtedy akurat zapisywano do floretu. No to został przy florecie. Po kilku miesiącach dostał swoją klingę i maskę. Zaczęły się pierwsze lekcje szermierczego fechtunku pod okiem Czesława Wojciechowskiego, świetnego szkoleniowca. Piotrek trenował jednocześnie floret i szpadę, z biegiem czasu wybrał tę drugą broń.

Kiedy się boję, wygrywam!

W czerwcu 1971 r., podczas Wojewódzkich Igrzysk Młodzieży Szkolnej, zdobył już złoty medal. Zaskoczył rywali tym, że był mańkutem. Ale później, kiedy już zwracali na niego uwagę, też wygrywał.

Miewał świetne starty obok zupełnie nieudanych. Poczęto o nim mówić, że jest chimeryczny, że mało odporny nerwowo. Ale w 1978 r., podczas MŚ juniorów w Madrycie, przez wszystkie eliminacje przechodzi niczym burza. Na 18 stoczonych walk tylko dwie przegrywa. W finale również spisuje się znakomicie. Wraca do kraju z brązowym medalem.

Pierwszy start po tych mistrzostwach w ogólnopolskim turnieju klasyfikacyjnym we Wrocławiu ma bardzo nieudany. Przegrał już pierwsze swoje walki z przeciętnymi rywalami, z którymi zawsze wygrywał, jak chciał. W prasie centralnej pojawiły się informacje o wodzie sodowej, która ponoć miała mu uderzyć do głowy. Spytałem go wtedy bez żadnych ogródek o tę sodówkę.

Odparł: - Zauważyłem u siebie pewną prawidłowość. Kiedy w turniejach indywidualnych biję się źle, a na drugi dzień są walki drużynowe, to wypadam w nich przeważnie świetnie. Chociaż wtedy przecież wchodzi w rachubę odpowiedzialność za drużynę i obciążenie psychiczne jest o wiele większe. A kiedy się boję, to wygrywam! W pojedynkach bez znaczenia walczę źle. Jeśli ja o czymś decyduję, jeśli zaczyna palić mi się grunt pod nogami, następuje jakieś przebudzenie i wstępuje we mnie bojowy duch.

I taki był Piotr do końca swej kariery. A kariera i światowa sława stały wtedy przed nim otworem. Nieopierzony jeszcze w pełni junior zaledwie za kilka tygodni - pod koniec lipca - zostaje wysłany do Hamburga na mistrzostwa świata seniorów. Bał się tego startu, bo jak mówił wtedy: - Na obozie kadry w Cetniewie prał mnie każdy, kto chciał.

Lecz zaufał mu trener reprezentacji Andrzej Przeździecki. I stała się rzecz niezwykła.

Medal za czwarte miejsce

Jabłkowski, szermierz opolskiego Startu, chociaż zajął czwarte miejsce, przywiózł do Polski medal. Ufundowali mu go organizatorzy za postawę godną sportowca. Oprócz tego przywiózł międzynarodową nagrodę "Fair play".

W finałowej rozgrywce, rozgrywanej późną nocą, walczył z Francuzem Philippe'em Riboudem, była to przedostatnia walka tej nocy. Dla zwycięzcy grany miał być hymn, dla pokonanego gwarantowane srebro. - Kiedy było 2-2 złapał mnie skurcz mięśni w prawej nodze. Pierwszy raz w życiu - wspomina Jabłkowski.

Przerwa trwała 20 minut. Wchodzą na planszę, Francuz atakuje i trafia, jest 2-3. Do końca walki siedem sekund. Polak napiera i jest 3-3. Do końca pojedynku zostaje sekunda. - Czuję, że zostałem trafiony. Ekipa Francuzów szaleje z radości. Interweniuje jednak sędzia główny. Okazuje się, że trafienie mojego rywala zostało zadane po regulaminowym czasie.

Zaliczają im obopólną porażkę. Co oznacza, że o medale trzeba bić się w barażach z jeszcze dwoma innymi zawodnikami, Szwedem Jacobsonem i zawodnikiem gospodarzy Puschem.

Baraż grubo po północy. Piotrowi kleją się oczy ze zmęczenia. Pierwszą walkę z Puschem przegrywa dość gładko 2-5. W drugim pojedynku staje naprzeciw Francuza. Barażowa walka jest kopią tej poprzedniej. Znów zaliczają im obopólną porażkę. Został już tylko Jacobson i ostatnia szansa na medal. Jabłkowski prowadzi 4-2, wystarczyło zadać jedno trafienie. Lecz to okazuje się najtrudniejsze. Szwed wygrywa 5-4.

- Byłem zły, bardzo zły. Jedni pocieszali mnie, że czwarte miejsce na świecie to olbrzymi sukces, inni mieli pretensje, że nie przegrałem umyślnie z Francuzem, co dałoby mi srebrny medal. Ale dlaczego ja miałem oddać złoty medal za darmo?! - irytował się nasz szpadzista.

A tak po prawdzie to więcej na świecie mówiło się o jego postawie wzorowego sportowca niż o srebrnym medaliście tych mistrzostw. Po kilku dniach złość minęła, bo przecież przed mistrzostwami czwarte miejsce wśród najlepszych seniorów na świecie brałby w ciemno.

We wrześniu wygrywa silnie obsadzony Puchar Balatonu. Obserwowałem jego walki razem z Janosem Keveyem, trenerską legendą, który wychował kilku mistrzów świata i olimpijskich. Najpierw trenował Węgrów, później przez dwanaście lat Polaków, a potem tyle samo lat Włochów. Dawał także lekcje zawodnikom Austrii, Anglii, Holandii i Związku Radzieckiego. To dzięki niemu nasi szermierze, jako pierwsi z polskich sportowców po wojnie, zaczęli osiągać wielkie sukcesy na międzynarodowej arenie. Był twórcą złotej drużyny szablistów, która z plansz całego świata przywiozła dziesiątki medali. Keveya i jego "cudowne dzieci" podziwiał cały świat.

- Piotr już jest świetnym szpadzistą, będzie jeszcze lepszy - powiedział mi wtedy słynny Węgier. - Należy tylko dobrze go poprowadzić.

Przeklęty Francuz

Rok 1980 zaczyna się dla Jabłkowskiego pomyślnie. Zdobywa indywidualne wicemistrzostwo Polski w szpadzie. Również pomyślnie przechodzi przez dość gęste sito eliminacyjne i kwalifikuje się do ekipy na igrzyska olimpijskie w Moskwie. Ma dopiero 22 lata, czyli wśród szpadzistów jest wciąż małolatem.

Na kogo trafia w pierwszej eliminacji igrzysk? Na Francuza Ribouda! Znów toczą zacięty pojedynek. Tym razem po raz pierwszy wygrywa Francuz. W stosunku 5-3.

Ale opolanin w następnych pojedynkach roznosi wręcz rywali, zajmując pierwsze miejsce w swojej grupie eliminacyjnej. Niestety, w drugiej rundzie niemal z każdym przegrywa i ostatecznie zajmuje 22. miejsce.

Ale wiadomo, że jeśli Jabłkowski nie wypada rewelacyjnie w turniejach indywidualnych, w drużynie walczy znakomicie. Więc trenerzy wstawiają go do teamu, w którym miejsca mają już: Andrzej Lis, Mariusz Strzałka, Ludomir Chronowski i Leszek Swornowski. Polacy biją się znakomicie. Docierają do finału, gdzie czeka na nich Francja. A na Jabłkowskiego już w pierwszej walce - któż by inny - jak nie Riboud! Po zaciętej walce ulega odwiecznemu rywalowi 4-5. Inni nasi zawodnicy też nie sprostali Francuzom. Polacy zdobyli srebrny medal. Srebrny medal indywidualnie Jabłkowski wywalczył za trzy lata na uniwersjadzie w Edmonton

Potem, niestety, sekcja szermiercza opolskiego Startu w latach 80. zaczęła podupadać. Jabłkowski poszedł do AZS-u Wrocław, a po jakimś czasie wyjechał do Niemiec.





Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • 2 komentarze
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy