Agnieszka Geller: przeżyłam powódź w 1997, teraz miałam łatwiej
2010-06-04
, aktualizacja: 04.06.2010 18:54
- 13 lat temu przeżyliśmy szok, a woda zabrała nam dosłownie wszystko. Teraz byłam mądrzejsza. Pakowałam cenne rzeczy, dopóki woda nie zaczęła mi się wlewać do kaloszy - opowiada Agnieszka Geller.
ZOBACZ TAKŻE
- Jak pomóc Ciskowi (04-06-10, 18:55)
- Proboszcz z Ciska: Ludzie są bardzo zestresowani (31-05-10, 19:32)
- Długo będą wracać do normalnego życia (30-05-10, 20:00)
Ma 57 lat i całe życie spędziła w Kobylicach, najbardziej zalanej miejscowości w gminie Cisek. - Mogłabym już o sobie powiedzieć, że jestem powodziową weteranką, bo takie mam doświadczenie - żartuje.
Podczas minionej powodzi jej gospodarstwo było jednym z najbardziej zalanych. - Przypłynęli do nas łodzią, proponując ewakuację. Wcześniej zabrali zwierzęta do niezagrożonych gospodarstw. Ja jednak nie chciałam opuszczać domu. Odpowiedziałam, że jak mam umrzeć, to przynajmniej razem z tym, na co całe życie pracowałam - wspomina, zaznaczając, że 13 lat temu ona i jej rodzina przeżyli szok. - Straciliśmy dosłownie wszystko, bo nie mieliśmy wystarczająco dużo czasu, by się przygotować na falę. Tym razem byłam mądrzejsza. Spakowałam dokumenty. Zadbałam o najważniejsze rzeczy, a to, co cenniejsze, zdołaliśmy wynieść na strych. Psy i drobniejsze zwierzęta też tam zabraliśmy. Pakowałam, dopóki woda nie zaczęła mi się wlewać do kaloszy - opowiada Geller.
Wody było tyle, że do domu (który ma wysokie fundamenty) wlewała się przez okna. - Było prawie półtora metra, licząc od podłogi. Gdy woda zeszła, sprowadziliśmy maszynę do osuszania, która odsączyła z murów już osiem pełnych 10-litrowych wiader wody - liczy Geller, zaznaczając, że dzięki temu, co przeżyła 13 lat temu, łatwiej jej się teraz pozbierać. - Nawet z ubezpieczycielem lepiej negocjujemy. Znamy już swoje prawa, możliwości. Już nie damy się wykiwać - podkreśla.
Podczas minionej powodzi jej gospodarstwo było jednym z najbardziej zalanych. - Przypłynęli do nas łodzią, proponując ewakuację. Wcześniej zabrali zwierzęta do niezagrożonych gospodarstw. Ja jednak nie chciałam opuszczać domu. Odpowiedziałam, że jak mam umrzeć, to przynajmniej razem z tym, na co całe życie pracowałam - wspomina, zaznaczając, że 13 lat temu ona i jej rodzina przeżyli szok. - Straciliśmy dosłownie wszystko, bo nie mieliśmy wystarczająco dużo czasu, by się przygotować na falę. Tym razem byłam mądrzejsza. Spakowałam dokumenty. Zadbałam o najważniejsze rzeczy, a to, co cenniejsze, zdołaliśmy wynieść na strych. Psy i drobniejsze zwierzęta też tam zabraliśmy. Pakowałam, dopóki woda nie zaczęła mi się wlewać do kaloszy - opowiada Geller.
Wody było tyle, że do domu (który ma wysokie fundamenty) wlewała się przez okna. - Było prawie półtora metra, licząc od podłogi. Gdy woda zeszła, sprowadziliśmy maszynę do osuszania, która odsączyła z murów już osiem pełnych 10-litrowych wiader wody - liczy Geller, zaznaczając, że dzięki temu, co przeżyła 13 lat temu, łatwiej jej się teraz pozbierać. - Nawet z ubezpieczycielem lepiej negocjujemy. Znamy już swoje prawa, możliwości. Już nie damy się wykiwać - podkreśla.
- Dodaj komentarz
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień





