Muzeum polskiego gadżetu zamiast polskiej piosenki

Anita Dmitruczuk
2010-03-09 , aktualizacja: 09.03.2010 20:49
A A A Drukuj
Istniejące dwa lata i mające rok siedzibę Muzeum Polskiej Piosenki od ponad ośmiu miesięcy prowadzi kampanię, by pozyskać eksponaty, które mogłoby pokazywać. Efekt? Ponad 1300 różnego rodzaju pamiątek. Tyle że większość z nich to gadżety promocyjne, które wypluwa z siebie machina show-biznesu
Szefowa muzeum Małgorzata Klasicka jak dotąd nie zapewniała placówce pokażnej kolekcji cennych eksponatów
Fot. Grzegorz Hussak / AG Fot. G
Szefowa muzeum Małgorzata Klasicka jak dotąd nie zapewniała placówce pokażnej kolekcji cennych eksponatów
ZOBACZ TAKŻE
Niewiele ma muzeum rękopisów piosenek, partytur, instrumentów czy kostiumów scenicznych. Niewiele w polskiej piosence (takiej jak się ona w tej chwili przedstawia w zasobach muzeum) jest miejsca na inne nurty niż pop. I to najbardziej współczesny z możliwych. Mamy zatem "komplet gadżetów" od Dody, akordeon Łukasza Zagrobelnego, misia-lampę, czyli gadżet zespołu Hurt.

Piosenka kabaretowa, poetycka, jazz, folk, muzyka filmowa, metal czy choćby żołnierska albo nawet disco polo nie istnieją w tych zasobach w ogóle.

Fryderyk od nikogo

Żeby oddać sprawiedliwość muzeum, trzeba przyznać, że znalazło się w jego zasobach także kilka rzeczy interesujących, unikatowych. Jak choćby kronika budowy zadaszenia amfiteatru, rękopis partytury piosenki "Muza pomyślności" Marka Grechuty przekazany przez Grzegorza Turnaua czy suknia Steni Kozłowskiej.

Jest też statuetka Fryderyka. Ale to tylko model. Fryderyka mamy więc niby oryginalnego, ale niczyjego, niby ważnego, a jednak bez wartości, bo nikt nigdy nikomu za nic go nie dał.

Żadnej wyśpiewanej, wywalczonej, wypracowanej nagrody nikt naszemu muzeum dać nie chciał. Chyba czas sobie postawić pytanie, dlaczego?

Może jest tak, że artyści muszą do muzeum nabrać zaufania, bo na razie również, podobnie jak dla opolan, jest ono dość mgliste. Łatwiej jest rozstać się z pamiątkami związanymi z najważniejszymi chwilami swojego zawodowego życia, wiedząc jak, gdzie i na jakich zasadach będą one eksponowane. Jeśli się tego nie wie, daje się to, co rozdaje się na prawo i lewo.

Może jest też tak, że strategia muzeum, by zacząć zbieranie pamiątek od zespołów młodych, które zwykle nie mają zapędów, by kolekcjonować pamiątki związane z własną działalnością, jest słuszna. Bo to do śladów po tych właśnie artystach za kilka lat będzie najtrudniej się dogrzebać.

Może tak, a może nie. Prawdą jest także to, że na razie sami pracownicy nie wiedzą, jak muzeum będzie wyglądało, bo konkurs na koncepcję wystawy stałej dopiero co ogłoszono. Jak więc mają do tegoż muzeum przekonywać innych? Dyrektorka MPP napisała w swoim raporcie o stanie prac nad budową placówki, że zostawia artystom wybór, w jaki sposób chcą się w muzeum pokazać. Jej pracownicy tłumaczą natomiast, że artyści nie mają pomysłu na to, co oryginalnego można muzeum przekazać. I koło się zamyka.

Ale, czy to nie muzeum winno wiedzieć, czego chce, z czego miałoby je tworzyć? Jeśli muzeum nie wie, na jakich eksponatach mu zależy, to szybko stanie się składowiskiem płyt z autografami, gadżetów promocyjnych i dobrych przecież intencji.

Czy czas nie został zmarnowany?

1300 eksponatów brzmi imponująco, bo i sam "eksponat" w muzeum brzmi dumnie. Popatrzmy na moment na dopiero co otwarte Muzeum Fryderyka Chopina, muzeum ponoć najbardziej nowoczesne z nowoczesnych i nowatorskie z nowatorskich. Ale - co dla nas ważne - które również musiało się uporać z problemem, "jak pokazać muzykę". Obrazy, muzyka czy rękopisy są tam materią, w której każdy zwiedzający może poruszać się sam. Eksponaty - jak choćby francuski fortepian mistrza - pokazuje się po to, by stworzyć pewną atmosferę (razem z dźwiękiem filiżanek, fragmentami rozmów po francusku czy meblami z epoki). Eksponaty są tam dobrane po coś. Nie chodzi przecież o to, by w foliowych kapciach oglądać sobie np. muzyczne pocztówki czy ręczniki z festiwalu, "bo kiedyś takie robili".

Rozumiem, że oparcie się na biografii jednego, choćby nie wiem jak wspaniałego artysty jest czym innym, niż próba przedstawienia polskiej muzyki w ogóle. I przed samym ogromem pracy, jaka czeka pracowników naszego muzeum, chylę czoło. Jednak po dwóch latach od powstania muzeum i roku od momentu, kiedy ma siedzibę, wolałabym przeczytać, w jakim zakresie i do ilu utworów muzeum dysponuje prawami autorskimi, ile eksponatów unikatowych, być może nawet osobistych, udało się pozyskać.

Przede wszystkim jednak po ośmiu miesiącach ogólnopolskiej zbiórki pod hasłem "Piosenka ma swoje historie" chciałabym móc mieć nadzieję, że muzeum te historie polskich piosenek - istotnych piosenek - będzie potrafiło interesująco opowiedzieć. Na razie ta nadzieja jest bardzo nikła, bo zamiast "Murów" czy "Dni których nie znamy" dostaję piosenkę z serialu "Na dobre i na złe", a zamiast Hanki Ordonówny gadżety promocyjne Dody.

Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    10 głosów

Jesteśmy na Facebooku