- 1.
Były oszustwa na wnuczka i na gazownika, a teraz są na... masażystę
- 2.
Pałac w Mosznej otwiera się na turystów. Zobacz warunki noclegowe
- 3.
Ratusz wycofuje się z pomysłu zamknięcia Bolko dla rowerzystów i zwala na "Gazetę"
- 4.
Jak uchronić się przed komarami? Są sposoby [PORADY]
- 5.
Wyspa Bolko zamknięta dla rowerzystów
- 6.
Ambitne plany. Studenci wymyślili jak ma wyglądać kampus UO
- 7.
Opolskich księży kłopoty z prawem: seks, pieniądze, przemoc
- 8.
Przykładowe pytania testu na prawo jazdy
Weszła do kanałów tłumacząc książkę o Żydach ze Lwowa
05.01.2012
, aktualizacja: 05.01.2012 21:01
- Mimo że skończyłam pracę nad tłumaczeniem książki o Żydach ukrywanych w lwowskich kanałach, to nie mogę przestać myśleć o tej historii, którą właśnie sfilmowała Agnieszka Holland. I nie staję już na kratach kanałów, nie wrzucam tam śmieci, jak zdarzało mi się robić - mówi Beata Dżon
Zanim Agnieszka Holland nakręciła film "W ciemności", w księgarniach pojawiła się "Dziewczynka w zielonym sweterku", historia Krystyny Chiger, ostatniej żyjącej z grupy Żydów, którzy ponad rok ukrywali się w lwowskich kanałach.
Pojawienie się tej książki w Polsce to zasługa Beaty Dżon, dziennikarki z Opola, współautorki filmu dokumentalnego, która osobiście poznała Krystynę Chiger.
Rozmowa z Beatą Dżon
Beata Dżon: Po notatce prasowej, że Agnieszka Holland zaczyna pracę nad filmem o Żydach z lwowskich kanałów, bardzo się tą historią zainteresowałam. Zastanawiałam się, jak to możliwe, by przetrwać tyle czasu w kanałach, tym bardziej z dwojgiem dzieci - czteroletnim synkiem i ośmioletnią córką. Zaczęłam szukać informacji. Dotarłam w internecie do przetłumaczonego na język angielski zeznania dziewczynki Krysi Chiger, złożonego 6 lutego 1947 r. w Krakowie przed urzędniczką Marią Holender z Centralnej Żydowskiej Komisji Historycznej, która m.in. dokumentowała Holocaust, w tym zbierała zeznania ocalonych dzieci. Opowieść była prosta, ale niezwykle poruszająca; że byli z braciszkiem w kanałach nad podziemną rzeką, gdzie biegały szczury, gdzie było zimno, że Poldek Socha przynosił im jedzenie.
W internecie trafiłam na książkę "In the sewers of Lvov" Roberta Marshalla i ściągnęłam ją z Kanady. Napisałam też do rabina, wykładowcy na jednej z amerykańskich uczelni, który również opisał tę historię, z prośbą o pomoc.
Anita Dmitruczuk, Leszek Frelich: I wtedy napisała do pani Krysia Chiger.
- Nie miałam pojęcia, że żyje. 27 marca ubiegłego roku dostałam e-mail od Krysi i jej męża Mariana. Dziś obydwoje mają po 76 lat.
Pierwszy raz usłyszałam się z Krysią - tego się nie da zapomnieć - 10 kwietnia 2010 r., wcześniej tylko wymienialiśmy e-maile. Zadzwoniła kilka godzin po katastrofie w Smoleńsku, by złożyć mi kondolencje. Mówiła piękną polszczyzną, była ciepła, obie byłyśmy wzruszone.
Spotkałyśmy się z końcem lipca, bo z mężem co roku latem wraca do Krakowa. Spędziliśmy wiele godzin na Kazimierzu, oni wspominali, cieszyli się, że ta historia ze Lwowa jest odkrywana. Krysia po raz pierwszy od wyjazdu do Izraela w 1957 r. weszła do krakowskiego mieszkania, w którym mieszkała od 1945.
Podarowała też pani swą książkę.
- Tak, "The Girl in the green sweater" z dedykacją. Choć ja zdobyłam ją już wcześniej i przeczytałam, zanim się spotkałyśmy. Chłonęłam tę opowieść życia w kanałach opisaną oczami kilkuletniej dziewczynki, ale musiałam ją co jakiś czas odkładać, bo ona bolała. Najbardziej te fragmenty, w których Krysia opisuje, jak zamknięta w ciasnych kryjówkach, czy to pod parapetem, czy w innych skrytkach, bała się z młodszym braciszkiem, czy rodzice wrócą. Mam dwoje dzieci, niemal dorosłych, nie chciałam nawet wyobrażać sobie ich w podobnych okolicznościach, ale siebie na miejscu rodziców Krysi.
Ich podziwiałam, że tyle byli w stanie znieść. I że mimo tego koszmaru, w jakim się znaleźli, pozostają pełni radości życia, że gwiżdżą w kanałach, bawią się ze szczurami, nie tracą poczucia humoru, np. ojciec Krysi w pamiętniku nazywa ich jaskiniowcami i co chwila żartuje.
Ta książka choć skromna, pisana prostym językiem dziecka stała się dla mnie ważna. Bo przekonałam się, ile człowiek może dokonać, jeśli widzi sens, wierzy, że będzie dobrze, bo ma przy sobie swych najbliższych. Tu byli nimi dla Krysi jej rodzice, braciszek, no i Poldek Socha, przedwojenny polski złodziej, kanalarz, który ich ukrywał w kanałach.
Krysia nazywa go w książce aniołem stróżem.
- Poldek Socha i jego koledzy - Stefek Wróblewski i Jurek Kowalow - pozostali na zawsze w jej sercu. Krysia nie odmawia wspomnień, choć każda rozmowa, każdy artykuł, który się pojawia, kosztuje ją potem nieprzespane noce, kolejne silne wzruszenia. Opowiadała mi, że zwykły odgłos padającego deszczu kojarzy się jej momentalnie z szumem kanałów.
Ale mówi, że mimo bólu opowiada o czasie w kanałach dla pamięci o Poldziu. Bo jest ostatnią z tych, którzy przeżyli, więc czuje obowiązek przypominać, co uczynił ten prosty człowiek, nawet wbrew swojej żonie, by ich uratować.
Czy podziela pogląd, że Polacy jako naród są antysemitami?
- Nie, choć doświadczyła antysemityzmu, nie tylko zresztą od Polaków, także od Ukraińców. Najbardziej zabolał ją tuż po wojnie, gdy stała nad grobem Poldka Sochy. Zginął pod kołami ciężarówki radzieckiej.
Usłyszała wtedy, że była to "kara boska za ukrywanie Żydów". Dlatego już po wyjeździe do Izraela w 1957 pomagali wdowie po Poldziu dyskretnie, poprzez innych ocalonych mieszkających w Londynie, żeby przez listy z Izraela nie miała kłopotów.
Opowieść o życiu w kanałach i o Poldku złożyła w Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie. Przekazała też swój zielony sweterek, który nosiła w getcie, w kanałach i zachowała jako bezcenną pamiątkę. Historia wzbudziła w Stanach, gdzie teraz Krysia mieszka, duże zainteresowanie. Podobnie w Londynie, gdzie w War Museum spotkała się z królową brytyjską. Jej historia została też nagrana dla Archiwum Holocaustu Stevena Spielberga.
A w Polsce niemal nikt jej nie znał, dopóki Agnieszka Holland się nie wzięła za film, dopóki nie pojawiła się książka.
- Gdy czytałam książkę Krysi w oryginale, od razu zadałam sobie pytanie: czemu jej nie ma jeszcze w języku polskim. Natychmiast zapytałam o to Krysię. Odparła, że nie było dotąd żadnych propozycji, choć prawa na Polskę miała agencja literacka.
Postanowiłam zainteresować nią nasze wydawnictwa. Na druk zdecydował się PWN.
Ale jakoś nie mogłam się z "Dziewczynką" tak łatwo rozstać i mimo że nie jestem zawodowym tłumaczem, podjęłam się przekładu. Chciałam tego, bo ta historia mnie zafascynowała, obcowałam z nią od miesięcy, zdążyłam poznać Krysię i miałam wrażenie, że dobrze rozumiem jej sposób myślenia. Wydawca się zgodził, dobry kontakt z autorką miał zapewne decydujące znaczenie.
Ogromną odpowiedzialność czułam przede wszystkim przed Krysią, która nie oczekiwała jednak dosłowności, a raczej oddania ducha wspomnień. Byłyśmy cały czas w kontakcie. Krysia cierpliwie, a Marian z inżynierską dokładnością opisywali mi, jeśli czegoś nie czułam.
Nigdy nie byłam wcześniej w kanałach. Pojechałam do Wiednia, gdzie są organizowane wycieczki do kanałów. Są zbudowane w ten sam sposób co we Lwowie. Zakrywają rzekę Wiedenkę jak Pełtew we Lwowie. Tyle że zejścia do kanałów są organizowane tylko w czasie, kiedy poziom wody nie jest zbyt wysoki, tylko w ściśle określonym terenie i w bardzo bezpiecznych warunkach. To mi dało jakiś obraz, choć tylko cząstkowy. Bo ani Krysia, ani pozostali, którzy uciekli z lwowskiego getta, nie mieli takiego komfortu. Ja stałam wyprostowana, oni musieli się kulić. Przez 14 miesięcy żyli w ciemnościach i klaustrofobicznych warunkach.
W wiedeńskich kanałach cuchnęło, ale pewnie nie aż tak jak wtedy we lwowskich, no i mogłam w każdej chwili wyjść. Ja nie widziałam ani jednego szczura, Krysia i jej braciszek traktowali je jak zwierzęta domowe, nawet nadawali im imiona.
Mimo że skończyłam już pracę nad tłumaczeniem książki, nie mogę przestać myśleć o tej historii. I podobnie jak Krysia nie staję już na kratach kanałów, nie wrzucam tam śmieci, jak zdarzało mi się robić.
Pojawienie się tej książki w Polsce to zasługa Beaty Dżon, dziennikarki z Opola, współautorki filmu dokumentalnego, która osobiście poznała Krystynę Chiger.
Rozmowa z Beatą Dżon
Beata Dżon: Po notatce prasowej, że Agnieszka Holland zaczyna pracę nad filmem o Żydach z lwowskich kanałów, bardzo się tą historią zainteresowałam. Zastanawiałam się, jak to możliwe, by przetrwać tyle czasu w kanałach, tym bardziej z dwojgiem dzieci - czteroletnim synkiem i ośmioletnią córką. Zaczęłam szukać informacji. Dotarłam w internecie do przetłumaczonego na język angielski zeznania dziewczynki Krysi Chiger, złożonego 6 lutego 1947 r. w Krakowie przed urzędniczką Marią Holender z Centralnej Żydowskiej Komisji Historycznej, która m.in. dokumentowała Holocaust, w tym zbierała zeznania ocalonych dzieci. Opowieść była prosta, ale niezwykle poruszająca; że byli z braciszkiem w kanałach nad podziemną rzeką, gdzie biegały szczury, gdzie było zimno, że Poldek Socha przynosił im jedzenie.
W internecie trafiłam na książkę "In the sewers of Lvov" Roberta Marshalla i ściągnęłam ją z Kanady. Napisałam też do rabina, wykładowcy na jednej z amerykańskich uczelni, który również opisał tę historię, z prośbą o pomoc.
Anita Dmitruczuk, Leszek Frelich: I wtedy napisała do pani Krysia Chiger.
- Nie miałam pojęcia, że żyje. 27 marca ubiegłego roku dostałam e-mail od Krysi i jej męża Mariana. Dziś obydwoje mają po 76 lat.
Pierwszy raz usłyszałam się z Krysią - tego się nie da zapomnieć - 10 kwietnia 2010 r., wcześniej tylko wymienialiśmy e-maile. Zadzwoniła kilka godzin po katastrofie w Smoleńsku, by złożyć mi kondolencje. Mówiła piękną polszczyzną, była ciepła, obie byłyśmy wzruszone.
Spotkałyśmy się z końcem lipca, bo z mężem co roku latem wraca do Krakowa. Spędziliśmy wiele godzin na Kazimierzu, oni wspominali, cieszyli się, że ta historia ze Lwowa jest odkrywana. Krysia po raz pierwszy od wyjazdu do Izraela w 1957 r. weszła do krakowskiego mieszkania, w którym mieszkała od 1945.
Podarowała też pani swą książkę.
- Tak, "The Girl in the green sweater" z dedykacją. Choć ja zdobyłam ją już wcześniej i przeczytałam, zanim się spotkałyśmy. Chłonęłam tę opowieść życia w kanałach opisaną oczami kilkuletniej dziewczynki, ale musiałam ją co jakiś czas odkładać, bo ona bolała. Najbardziej te fragmenty, w których Krysia opisuje, jak zamknięta w ciasnych kryjówkach, czy to pod parapetem, czy w innych skrytkach, bała się z młodszym braciszkiem, czy rodzice wrócą. Mam dwoje dzieci, niemal dorosłych, nie chciałam nawet wyobrażać sobie ich w podobnych okolicznościach, ale siebie na miejscu rodziców Krysi.
Ich podziwiałam, że tyle byli w stanie znieść. I że mimo tego koszmaru, w jakim się znaleźli, pozostają pełni radości życia, że gwiżdżą w kanałach, bawią się ze szczurami, nie tracą poczucia humoru, np. ojciec Krysi w pamiętniku nazywa ich jaskiniowcami i co chwila żartuje.
Ta książka choć skromna, pisana prostym językiem dziecka stała się dla mnie ważna. Bo przekonałam się, ile człowiek może dokonać, jeśli widzi sens, wierzy, że będzie dobrze, bo ma przy sobie swych najbliższych. Tu byli nimi dla Krysi jej rodzice, braciszek, no i Poldek Socha, przedwojenny polski złodziej, kanalarz, który ich ukrywał w kanałach.
Krysia nazywa go w książce aniołem stróżem.
- Poldek Socha i jego koledzy - Stefek Wróblewski i Jurek Kowalow - pozostali na zawsze w jej sercu. Krysia nie odmawia wspomnień, choć każda rozmowa, każdy artykuł, który się pojawia, kosztuje ją potem nieprzespane noce, kolejne silne wzruszenia. Opowiadała mi, że zwykły odgłos padającego deszczu kojarzy się jej momentalnie z szumem kanałów.
Ale mówi, że mimo bólu opowiada o czasie w kanałach dla pamięci o Poldziu. Bo jest ostatnią z tych, którzy przeżyli, więc czuje obowiązek przypominać, co uczynił ten prosty człowiek, nawet wbrew swojej żonie, by ich uratować.
Czy podziela pogląd, że Polacy jako naród są antysemitami?
- Nie, choć doświadczyła antysemityzmu, nie tylko zresztą od Polaków, także od Ukraińców. Najbardziej zabolał ją tuż po wojnie, gdy stała nad grobem Poldka Sochy. Zginął pod kołami ciężarówki radzieckiej.
Usłyszała wtedy, że była to "kara boska za ukrywanie Żydów". Dlatego już po wyjeździe do Izraela w 1957 pomagali wdowie po Poldziu dyskretnie, poprzez innych ocalonych mieszkających w Londynie, żeby przez listy z Izraela nie miała kłopotów.
Opowieść o życiu w kanałach i o Poldku złożyła w Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie. Przekazała też swój zielony sweterek, który nosiła w getcie, w kanałach i zachowała jako bezcenną pamiątkę. Historia wzbudziła w Stanach, gdzie teraz Krysia mieszka, duże zainteresowanie. Podobnie w Londynie, gdzie w War Museum spotkała się z królową brytyjską. Jej historia została też nagrana dla Archiwum Holocaustu Stevena Spielberga.
A w Polsce niemal nikt jej nie znał, dopóki Agnieszka Holland się nie wzięła za film, dopóki nie pojawiła się książka.
- Gdy czytałam książkę Krysi w oryginale, od razu zadałam sobie pytanie: czemu jej nie ma jeszcze w języku polskim. Natychmiast zapytałam o to Krysię. Odparła, że nie było dotąd żadnych propozycji, choć prawa na Polskę miała agencja literacka.
Postanowiłam zainteresować nią nasze wydawnictwa. Na druk zdecydował się PWN.
Ale jakoś nie mogłam się z "Dziewczynką" tak łatwo rozstać i mimo że nie jestem zawodowym tłumaczem, podjęłam się przekładu. Chciałam tego, bo ta historia mnie zafascynowała, obcowałam z nią od miesięcy, zdążyłam poznać Krysię i miałam wrażenie, że dobrze rozumiem jej sposób myślenia. Wydawca się zgodził, dobry kontakt z autorką miał zapewne decydujące znaczenie.
Ogromną odpowiedzialność czułam przede wszystkim przed Krysią, która nie oczekiwała jednak dosłowności, a raczej oddania ducha wspomnień. Byłyśmy cały czas w kontakcie. Krysia cierpliwie, a Marian z inżynierską dokładnością opisywali mi, jeśli czegoś nie czułam.
Nigdy nie byłam wcześniej w kanałach. Pojechałam do Wiednia, gdzie są organizowane wycieczki do kanałów. Są zbudowane w ten sam sposób co we Lwowie. Zakrywają rzekę Wiedenkę jak Pełtew we Lwowie. Tyle że zejścia do kanałów są organizowane tylko w czasie, kiedy poziom wody nie jest zbyt wysoki, tylko w ściśle określonym terenie i w bardzo bezpiecznych warunkach. To mi dało jakiś obraz, choć tylko cząstkowy. Bo ani Krysia, ani pozostali, którzy uciekli z lwowskiego getta, nie mieli takiego komfortu. Ja stałam wyprostowana, oni musieli się kulić. Przez 14 miesięcy żyli w ciemnościach i klaustrofobicznych warunkach.
W wiedeńskich kanałach cuchnęło, ale pewnie nie aż tak jak wtedy we lwowskich, no i mogłam w każdej chwili wyjść. Ja nie widziałam ani jednego szczura, Krysia i jej braciszek traktowali je jak zwierzęta domowe, nawet nadawali im imiona.
Mimo że skończyłam już pracę nad tłumaczeniem książki, nie mogę przestać myśleć o tej historii. I podobnie jak Krysia nie staję już na kratach kanałów, nie wrzucam tam śmieci, jak zdarzało mi się robić.










